Strona G│ˇwna


FAQFAQ  SzukajSzukaj  U┐ytkownicyU┐ytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload
 Og│oszenie 

09 maja — pocz┬▒tek akcji Prawdziwiej nie b├¬dzie;
22 maja — koniec akcji Prawdziwiej nie b├¬dzie;
23 maja — pocz┬▒tek akcji Tego jeszcze nie by┬│o
23 maja — pocz┬▒tek akcji By┬│o min├¬┬│o
06 czerwca — koniec akcji Tego jeszcze nie by┬│o
08 czerwca — koniec akcji By┬│o min├¬┬│o
01 czerwca — pocz┬▒tek akcji Dziecinada
05 czerwca — koniec akcji Dziecinada

ZABAWA: 333 sposoby, w jakim mo┬┐na pokaza├Ž swoj┬▒ aktywno┬Â├Ž na forum
    RARRYSNARRYDRARRY
Hufflepuff || Gryffindor || Ravenclaw || Slytherin
783 || 336,5 || 616 || 531,9

[T] ma pierwsze├▒stwo, [NZ]/[Z] i [S] ust├¬puje tylko [T], i s┬▒ sobie r├│wne - nie u┬┐ywa si├¬ ich jednocze┬Ânie. [Z]/[NZ] oraz [S] g├│ruj┬▒ nad [D] i [M]. Nie istnieje co┬ť takiego jak [P] do poezji albo [Di] do dribble. Wi├¬c np [T][NZ][D], albo [T][S][D], ALE NIE [NZ][S][D] albo [T][Z][S][D], bo Gospodziany TAG seria to nie seria z AO3 lub te┬┐ seria w normalnym tego s┬│owa znaczeniu.

W razie problem├│w z rejestracj┬▒ - usu├▒ polskie znaki z wpisywanych informacji.
Je┬Âli to nie pomaga, skontaktuj si├¬ z nami na FB Gospody
(kontakt alternatywny: klaqa@onet.pl)

Regulamin G┬│├│wny || Regulamin Czytelni || Gospoda w pigu┬│ce
Aktywny udzia┬│ w ┬┐yciu forum
Do kogo si├¬ zwr├│ci├Ž

Poprzedni temat «» Nastŕpny temat
[Z] Drogi nieprzebyte (2/2)
Autor WiadomoŠ
SzmaragDrac 
7-klasista



Wiek: 22
Do│▒czy│a: 08 Mar 2015
Posty: 168
Sk▒d: mazowieckie
Wys│any: 2017-10-04, 14:27   [Z] Drogi nieprzebyte (2/2)

Tekst powsta³ na akcjê Raz, dwa, trzy... na forum Mirriel.

Nick: SzmaragDrac
Fandom: Supernatural
Postacie/pairingi: Sam, Dean, John, Bobby, Original Male Character sztuk jedna, pairing├│w brak
Zarys fabu┬│y: Sam w┬│a┬Ânie sko├▒czy┬│ szko┬│├¬, wi├¬c Dean s┬▒dzi, ┬┐e teraz wreszcie b├¬d┬▒ pe┬│n┬▒ rodzin┬▒, troch├¬ dziwn┬▒ i pokiereszowan┬▒, ale przynajmniej trzymaj┬▒c┬▒ si├¬ rami├¬ w rami├¬. Jednak nie wszystko idzie po jego my┬Âli. Historia o Samie i Deanie wkraczaj┬▒cych w doros┬│o┬Â├Ž, kt├│rzy musz┬▒ zmierzy├Ž si├¬ z czym┬Â, na co w og├│le nie byli przygotowani. AU, pre-series, angst, troch├¬ dramatu, elementy (light) horroru, POV Sam Winchester.

Beta: die Otter
Konsultacje medyczne: Elnath

Od autorki: Znajdziecie tu odst├¬pstwa od kanonu pod wzgl├¬dem fabu┬│y (na przyk┬│ad ignoruj├¬ te wszystkie flashbacki, kt├│re pokazywano w p├│┬╝niejszych sezonach) i odst├¬pstwa pod wzgl├¬dem charakterystyki postaci. Licentia poetica i tak dalej, ale opr├│cz tego nie chcia┬│am pisa├Ž:
a) Deana jako bezczelnego babiarza (bo to jednak to nie do koñca on; poza tym pamiêtacie, jak Dean powiedzia³, ¿e czyta Vonneguta? No to inne rzeczy te¿ móg³, why not);
b) Johna jako stuprocentowego dupka skupiaj±cego siê tylko na polowaniach (no co, lubiê kolesia);
c) Sama jako ma³ego rebela, który non stop k³óci siê z ojcem.
Akcja zaczyna si├¬ w roku (o ile dobrze licz├¬) 2001, ale ja wtedy mia┬│am PI├Ő├ć LAT, wi├¬c nie wiem, czy dobrze odda┬│am ducha epoki. Pewnie nie. (Czy w 2001 roku m┬│odzi faceci farbowali sobie w┬│osy na szalone kolory? Nie, nie chodzi o ┬┐adnego Winchestera ;)).
W zarysie fabu┬│y nie ma nic o slashu i faktycznie slashu w tek┬Âcie nie znajdziecie, ale pojawia si├¬ jedna nieheteronormatywna posta├Ž, kt├│ra wchodzi w (drobn┬▒) interakcj├¬ z Deanem — interakcja ta nie ma jednak charakteru ani romantycznego, ani seksualnego. No ale ostrzegam, coby nie by┬│o.
Znajduje siê tu kilka przekleñstw.

B├ŐDZIE SEQUEL!



DROGI NIEPRZEBYTE


Wszystko dooko┬│a zdaje si├¬ mieni├Ž jak w kalejdoskopie, tyle ┬┐e takim z┬│o┬┐onym z czarnych, szarych, srebrnych i bia┬│ych kawa┬│k├│w plastiku zamiast kolorowych. W pomieszczeniu jest ciemnawo, ale nie na tyle, by nic nie by┬│o wida├Ž; mija┬│oby si├¬ to z celem gabinetu luster. Przed wielkim zwierciad┬│em, kt├│re zajmuje kawa┬│ek ┬Âciany od pod┬│ogi a┬┐ do sufitu — wy┬│o┬┐onego jakimi┬ b┬│yskotkami rzucaj┬▒cymi migotliwe cienie — stoi nieruchomo Sam i patrzy na swoje odbicie na zimnej tafli szk┬│a. Ten drugi Sam, ten lustrzany, jest niski, ma szerokie biodra i szczerzy si├¬ dos┬│ownie od ucha do ucha, a prawdziwy Sam wpatruje si├¬ w swoje-nie-swoje oczy bez u┬Âmiechu.

— Sammy.

Do ┬Ârodka wchodzi Dean; ma rozwiane w┬│osy, ods┬│ania prawie wszystkie z├¬by w szerokim u┬Âmiechu, w lewej r├¬ce trzyma lody w ro┬┐ku. Skrzypi drzwiami, ale nie domyka ich do ko├▒ca i przez ma┬│┬▒ szpar├¬ do ┬Ârodka wpada troch├¬ s┬│o├▒ca, roz┬Âwietlaj┬▒c pomieszczenie. Dean podchodzi do Sama i staje za nim — teraz obaj s┬▒ niscy i kr├¬pi, a w krzywym zwierciadle usta Deana s┬▒ jeszcze szersze, z├¬by wi├¬ksze, a lody ca┬│kiem si├¬ rozmazuj┬▒ i przestaj┬▒ przypomina├Ž cokolwiek sensownego.

— Co si├¬ tak gapisz w to lusterko? — pyta Dean.

Sam si├¬ u┬Âmiecha; odbicie natychmiast powtarza to w skrzywionej parodii.

— Nic. Mo┬┐emy i┬Â├Ž razem na kolejk├¬ g├│rsk┬▒, jak chcesz — odpowiada Sam, a odbicie porusza ustami w ┬Âlad za nim. — Albo na diabelski m┬│yn.

Dean siê krzywi, li¿e lody i podchodzi do innego lusterka.

— Nie.

Odbicie Deana w kolejnym lustrze jest wysokie, jeszcze wy┬┐sze ni┬┐ Sam w rzeczywisto┬Âci; lustrzany Dean jest przera┬╝liwie chudy i ma wielk┬▒ g┬│ow├¬ z ogromnymi oczami, przez co przypomina kosmit├¬ z tych kiepskich horror├│w, kt├│re czasem z Samem ogl┬▒daj┬▒. Kiedy unosi lody, by je znowu poliza├Ž, te najpierw stanowi┬▒ bezkszta┬│tn┬▒ plam├¬, w├¬druj┬▒c po tafli coraz wy┬┐ej, a┬┐ w ko├▒cu, gdy docieraj┬▒ do ust Deana, obie ga┬│ki powi├¬kszaj┬▒ si├¬ tak jak jego oczy.

— Mhm, wi├¬cej lod├│w — mamrocze Dean, a potem odgryza kawa┬│ek swojego ro┬┐ka. — Dobry pomys┬│.

Sam a┬┐ wci┬▒ga powietrze ze ┬Âwistem.

— Nie bol┬▒ ci├¬ od tego z├¬by?

Dean odwraca si├¬ do niego przodem; jego odbicie to teraz tylko ty┬│ wielkiej g┬│owy, a tak┬┐e zarys plec├│w, szczup┬│ych i ledwo umi├¬┬Ânionych, cho├Ž Dean zacz┬▒┬│ niedawno ├Žwiczy├Ž i wida├Ž ju┬┐ pierwsze efekty.

— Nie. Chod┬╝my st┬▒d, tata zaraz ko├▒czy przes┬│uchiwa├Ž w┬│a┬Âciciela.

Podchodzi do Sama i rami├¬ w rami├¬ ruszaj┬▒ ku drzwiom, ale musz┬▒ si├¬ rozdzieli├Ž, bo wej┬Âcie jest zbyt w┬▒skie dla nich dw├│ch. Sam idzie pierwszy.

———


Krzyki dzieci biegaj┬▒cych po weso┬│ym miasteczku zlewaj┬▒ si├¬ z rozmowami ich rodzic├│w lub opiekun├│w i z melodyjkami, kt├│re wydobywaj┬▒ si├¬ z g┬│o┬Ânik├│w ustawionych przy prawie ka┬┐dej kolejnej zabawce — muzyka przy kolejce g├│rskiej jest skoczna i szybka, tak jakby mia┬│a podnosi├Ž ju┬┐ i tak wysoki poziom adrenaliny, a przy strzelnicach i miejscach z kolorowankami s┬│ycha├Ž ciche, spokojne nuty, kt├│re maj┬▒ sprawi├Ž, ┬┐e dzieciaki och┬│on┬▒ i skupi┬▒ si├¬ na tych w┬│a┬Ânie atrakcjach.

Powietrze jest ci├¬┬┐kie nawet jak na ┬Ârodek czerwca w Kolorado; Sam przepycha si├¬ przez t┬│um ludzi i nawet nie przeprasza, kiedy kogo┬ potr┬▒ca, bo gdyby to robi┬│, to bez przerwy musia┬│by mamrota├Ž: „Przepraszam, przepraszam, przepraszam”. Pod┬▒┬┐aj┬▒cy za nim Dean ju┬┐ trzy razy nadepn┬▒┬│ mu na but i Sam domy┬Âla si├¬, ┬┐e co najmniej dwa razy zrobi┬│ to specjalnie — zd┬▒┬┐y┬│ zje┬Â├Ž swoje lody i teraz nudzi si├¬ w┬Âr├│d obcych ludzi i ich rozwrzeszczanych dzieci. Nigdzie nie widz┬▒ taty, wi├¬c albo wci┬▒┬┐ rozmawia z w┬│a┬Âcicielem, albo ruszy┬│ na obch├│d po miasteczku, by jeszcze raz przyjrze├Ž si├¬ miejscu ┬Âmierci tej dziewczyny, Katie. Sam wie, ┬┐e musz┬▒ by├Ž z Deanem ostro┬┐ni, nie mog┬▒ tak po prostu do niego podej┬Â├Ž i zacz┬▒├Ž rozmawia├Ž jak gdyby nigdy nic. Oficjalnie ich tata jest tu jako agent FBI, kt├│ry najpierw przes┬│uchiwa┬│ uczni├│w z pobliskiej szko┬│y, a potem wybra┬│ si├¬ obejrze├Ž miejsce zbrodni, a oni mieli od razu i┬Â├Ž do weso┬│ego miasteczka, wmiesza├Ž si├¬ w t┬│um i udawa├Ž, ┬┐e nie znaj┬▒ niejakiego Carla Michigana, za kt├│rego poda┬│ si├¬ John. Ale jest mu gor┬▒co, Dean w┬│a┬Ânie nadepn┬▒┬│ na niego po raz czwarty, a weszli do miasteczka prawie trzy godziny temu. Ma tego dosy├Ž.

Sam odwraca siê na piêcie; Dean prawie na niego wpada, marszcz±c brwi.

— Masz jeszcze troch├¬ kasy? — pyta. Dean kiwa g┬│ow┬▒. — Super. Idziemy na lody. Jest mi gor┬▒co i zaraz si├¬ rozpuszcz├¬ na tym cholernym s┬│o├▒cu.

— To znajd┬╝my jaki┬ cie├▒ — odpowiada Dean, grzebi┬▒c w kieszeni jasnoniebieskich d┬┐ins├│w i wyci┬▒gaj┬▒c kilka pomi├¬tych dolar├│w.

— Ja znalaz┬│em. W gabinecie luster. Zero s┬│o├▒ca, ciemno, ch┬│odno... I nikogo tam nie ma — wytyka Sam. — To mnie tam przydyba┬│e┬ i wyci┬▒gn┬▒┬│e┬ z powrotem na s┬│o├▒ce.

— E tam — zbywa go Dean.

Id┬▒ teraz obok siebie; Sam zn├│w potr┬▒ca innych ludzi, ale Dean uchyla rami├¬ i sprytnie lawiruje w t┬│umie, tak by nikogo nie szturchn┬▒├Ž. Na chwil├¬ zatrzymuj┬▒ si├¬ przy strzelnicy i obserwuj┬▒ jak┬▒┬ ma┬│┬▒ dziewczynk├¬ ubran┬▒ w r├│┬┐ow┬▒ sukienk├¬, srebrne buciki i diadem, kt├│ra na oko ma siedem, mo┬┐e osiem lat; ma┬│a dzier┬┐y czarny ┬│uk i celuje do tarczy, a potem wypuszcza strza┬│├¬ i trafia w sam ┬Ârodek. Jej mama lub opiekunka bije brawo, a dziewczynka schodzi z podestu i z dumn┬▒ min┬▒ wyci┬▒ga r├¬k├¬ po wygran┬▒. Sam parska ┬Âmiechem, Dean robi min├¬ pe┬│n┬▒ podziwu.

— Poradzi sobie w ┬┐yciu — wyrokuje, a Sam kiwa g┬│ow┬▒.

Zn├│w mieszaj┬▒ si├¬ z t┬│umem i pod┬▒┬┐aj┬▒ w kierunku stoiska z lodami. Tym razem Sam idzie za Deanem i przez ca┬│┬▒ drog├¬ powstrzymuje si├¬ przed przydeptaniem mu buta, bo doskonale wie, ┬┐e obaj uznaliby to za zemst├¬ za wcze┬Âniejsze zachowanie Deana, a to za┬ oznacza┬│oby pocz┬▒tek wojny na przydeptywanie but├│w. Stara si├¬ nie my┬Âle├Ž o tym, ┬┐e odpuszczaj┬▒c, pozwala Deanowi wygra├Ž, i po prostu rozgl┬▒da si├¬ dooko┬│a w poszukiwaniu czegokolwiek, na czym m├│g┬│by zawiesi├Ž oko na d┬│u┬┐ej ni┬┐ tylko kilka sekund. Zatrzymuje si├¬ dopiero wtedy, kiedy k┬▒tem oka dostrzega, ┬┐e Dean w┬│a┬Ânie przystan┬▒┬│ przy lodziarni i ponownie przelicza pieni┬▒dze, kt├│re im zosta┬│y.

— Dziesi├¬├Ž dolar├│w, a ga┬│ka kosztuje dwa, czyli wychodzi po dwie ga┬│ki i albo zostawiamy sobie dwa dolce, albo kupujemy jeszcze jedn┬▒ ga┬│k├¬ na sp├│┬│k├¬ — mamrocze Samowi do ucha, gdy stoj┬▒ w kolejce za dwiema dziewczynkami i jednym ch┬│opcem oraz ich ojcem, wujkiem lub opiekunem.

— Ciekawe, jak chcesz kupi├Ž jedn┬▒ ga┬│k├¬ na sp├│┬│k├¬ — odpowiada cicho Sam, obserwuj┬▒c wystaw├¬. Maj┬▒ tu sporo smak├│w, ale wi├¬kszo┬Â├Ž z nich brzmi raczej niezach├¬caj┬▒co. Dostrzega a┬┐ trzy r├│┬┐ne rodzaje truskawkowych — klasyczne, truskawkowe z rodzynkami i truskawkowe z kawa┬│kami bia┬│ej czekolady — i zastanawia si├¬, kto w og├│le je takie niedobre lody. Same truskawki s┬▒ pyszne, ale lody, cukierki i inne wyroby o tym smaku jako┬ nigdy mu nie podchodzi┬│y.

— Nie wiem, mo┬┐e sprzedawczyni ma n├│┬┐ i j┬▒ nam przekroi...

Sam posy┬│a Deanowi zirytowane spojrzenie.

— Od kiedy niby kroi si├¬ ga┬│ki lod├│w? Dlaczego ty nie umiesz zachowywa├Ž si├¬ jak normalny cz┬│owiek? — rzuca, ale to pytanie retoryczne. Z trybem ┬┐ycia, kt├│ry prowadz┬▒, raczej ┬┐aden z nich nie ma zbyt du┬┐ego poj├¬cia o byciu normalnym cz┬│owiekiem. — Mo┬┐emy te┬┐ zrobi├Ž tak, ┬┐e ty kupisz sobie dwie ga┬│ki, a ja trzy — dodaje po chwili.

Dean otwiera usta, ┬┐eby zaprotestowa├Ž, ale Sam zatyka mu je r├¬k┬▒ i unosi znacz┬▒co brwi.

— Ty wcze┬Âniej ju┬┐ jad┬│e┬ lody, a ja nie. Tata da┬│ kas├¬ nam obu na sp├│┬│k├¬, a nie tylko tobie — m├│wi.

Mina Deana zmienia si├¬ z lekko wkurzonej na zrezygnowan┬▒; Dean wie, ┬┐e w tej kwestii nie wygra, tak jak uda┬│o mu si├¬ wygra├Ž w grze pod tytu┬│em „Nadepnijmy Samowi na but milion razy”. Wi├¬c maj┬▒ remis. Jedna wygrana dla Deana, a jedna dla Sama. Sam u┬Âmiecha si├¬ i puszcza bratu oczko, opuszczaj┬▒c r├¬k├¬.

— A jakie smaki jad┬│e┬ wcze┬Âniej? — pyta, odwracaj┬▒c si├¬ z powrotem do lady. Dean stoi za nim i wlepia wzrok w biednego ch┬│opca, kt├│ry d┬│u┬┐sz┬▒ chwil├¬ zastanawia si├¬ nad wyborem.

— Czekoladowy i czarn┬▒ lukrecj├¬.

— Uch — krzywi si├¬ Sam. Dean niejednokrotnie wytyka┬│ mu, ┬┐e tylko barbarzy├▒cy jadaj┬▒ pizz├¬ hawajsk┬▒, to jest ulubion┬▒ pizz├¬ Sama, ale tak naprawd├¬ barbarzy├▒c┬▒ jest Dean, bo czarna lukrecja, serio? Sam nie mo┬┐e na to nawet patrze├Ž. Teraz jednak obserwuje lad├¬ z u┬Âmiechem i zerka na Deana k┬▒tem oka.

— Jaka szkoda, ┬┐e nie zauwa┬┐y┬│e┬ innych smak├│w, kt├│re tu maj┬▒. Na przyk┬│ad tego. — Przytyka palec do szyby w miejscu, gdzie za szk┬│em znajduje si├¬ ca┬│kiem spory pojemnik z przylepion┬▒ do niego karteczk┬▒, na kt├│rej widnieje ozdobny, pe┬│ny zawijas├│w napis: „SZARLOTKA”. — I jaka szkoda, ┬┐e te lody ju┬┐ si├¬ sko├▒czy┬│y.

Faktycznie, pojemnik wskazywany przez Sama jest ju┬┐ pusty. Dean robi min├¬ pe┬│n┬▒ rozpaczy, a wtedy Sam si├¬ z niego ┬Âmieje, a┬┐ prawie lec┬▒ mu ┬│zy. Dean w odwecie kupuje dwie ga┬│ki o smaku lukrecji i podczas jedzenia wydaje z siebie bardzo nieprzyzwoite d┬╝wi├¬ki, kt├│re zapewne maj┬▒ ┬Âwiadczy├Ž o tym, jak bardzo smakuj┬▒ mu te — okropne wed┬│ug Sama — lody, a kt├│re w rzeczywisto┬Âci tylko Sama pesz┬▒ i ka┬┐┬▒ mu zwiewa├Ž z powrotem w kierunku gabinetu luster. Robi si├¬ coraz bardziej gor┬▒co, o ile to w og├│le mo┬┐liwe.

———


Tata dzwoni do nich, kiedy w┬│a┬Ânie Sam ko├▒czy je┬Â├Ž swoje lody, a po porcji Deana nie ma ju┬┐ ani ┬Âladu; obaj opieraj┬▒ si├¬ o niski p┬│otek otaczaj┬▒cy teren miasteczka. Dean odbiera i s┬│ucha przez chwil├¬, a potem rzuca kr├│tkie „Dobra” i si├¬ roz┬│┬▒cza. Sam wbija wzrok w ziemi├¬, prze┬┐uwa ostatni kawa┬│ek ro┬┐ka; czuje na sobie spojrzenie brata.

— Tata ju┬┐ prawie sko├▒czy┬│ — odzywa si├¬ Dean. — Rozmowa z w┬│a┬Âcicielem si├¬ przeci┬▒gn├¬┬│a, bo to jaki┬ gadu┬│a by┬│, a teraz id┬▒ zobaczy├Ž t├¬ ┬Âciank├¬ wspinaczkow┬▒. Mamy jeszcze par├¬, par├¬na┬Âcie minut wolnych.

Sam kiwa g┬│ow┬▒. Stoj┬▒ gdzie┬ na uboczu, wyj┬Âcie z weso┬│ego miasteczka znajduje si├¬ prawie na wyci┬▒gni├¬cie r├¬ki, wi├¬c ha┬│as jest tu mniejszy.

— Idziemy sobie postrzela├Ž? — proponuje Dean, schylaj┬▒c si├¬, by zajrze├Ž Samowi w twarz. Sam wci┬▒┬┐ gapi si├¬ w ziemi├¬. — Ej no. — Szturcha go w rami├¬. — Mo┬┐e wygramy co┬ jak ta ma┬│a.

— Nie chce mi si├¬ — odpowiada Sam. — Poza tym zosta┬│y nam tylko dwa dolary.

— No tak.

Dean odwraca si├¬ z powrotem w kierunku ludzi; s┬│o├▒ce stoi wysoko w g├│rze i mocno ich o┬Âwietla, wi├¬c ch┬│opak musi zas┬│oni├Ž sobie oczy r├¬k┬▒. ┬Žmiesznie wykrzywia twarz, ods┬│aniaj┬▒c wszystkie z├¬by.

— To mo┬┐emy i┬Â├Ž jeszcze do tego gabinetu luster. Bilety wst├¬pu do miasteczka dzia┬│aj┬▒ te┬┐ jako wst├¬p do tego gabinetu, tak? — m├│wi po chwili, zerkaj┬▒c na Sama. — Nie trzeba nic dop┬│aca├Ž?

Sam przez chwil├¬ rozwa┬┐a ten pomys┬│, ale perspektywa siedzenia na s┬│o├▒cu nie wydaje mu si├¬ zach├¬caj┬▒ca, nawet je┬Âli ma okazj├¬ obserwowa├Ž ┬Âmieszne bezowocne zmagania Deana z o┬Âlepiaj┬▒cymi go promieniami. Kiwa g┬│ow┬▒ i odpycha si├¬ r├¬kami od p┬│otka, a potem rusza w kierunku gabinetu.

— Co si├¬ tak wyrywasz, kowboju! — krzyczy za nim Dean. — Chcesz zapyta├Ž lustereczka, kto jest najpi├¬kniejszy w ┬Âwiecie?

Sam prycha i odwraca si├¬ na chwil├¬, by pokaza├Ž Deanowi ┬Ârodkowy palec. Dean nic sobie z tego nie robi, co mo┬┐e by├Ž spowodowane tym, ┬┐e nie pierwszy raz brat raczy go takim gestem, albo tym, ┬┐e Sam u┬Âmiecha si├¬ teraz szeroko i parska ┬Âmiechem.

— I tak wiadomo, co powie — dodaje Dean, a Sam przekr├¬ca si├¬ z powrotem i rusza pr├¬dkim krokiem, zmuszaj┬▒c Deana, by prawie za nim bieg┬│. — „Dean Winchester”!

— Chyba w twoich snach! — odkrzykuje Sam, tym razem si├¬ nie odwracaj┬▒c. — Kto ostatni, ten zgni┬│y pomidor!

Przyspiesza; teraz truchta mi├¬dzy lud┬╝mi, co i raz kogo┬ potr┬▒caj┬▒c, za sob┬▒ s┬│yszy te┬┐ ┬Âmiech Deana.

— Ile ty masz lat?! — wrzeszczy do niego Dean, ale Sam wie, ┬┐e brat podj┬▒┬│ gr├¬ i teraz p├¬dzi za nim, staraj┬▒c si├¬ go dogoni├Ž.

— Odejmij od swojego wieku cztery, ty gamoniu, to ci wyjdzie — odpowiada i odkr├¬ca si├¬; Dean jest coraz bli┬┐ej, a Sam biegnie ty┬│em, potr┬▒caj┬▒c jeszcze wi├¬cej os├│b. — No chyba ┬┐e takie obliczenia ci├¬ przerastaj┬▒ — dodaje wrednie, a wtedy Dean przyspiesza jeszcze bardziej. Sam odwraca si├¬ przodem do kierunku biegu, stara si├¬ porusza├Ž szybciej; chce wygra├Ž ten wy┬Âcig.

— Na szcz├¬┬Âcie szko┬│a i matematyka ju┬┐ dawno za nami — pokrzykuje Dean i wpada na jak┬▒┬ kobiet├¬ z dzieckiem na r├¬ku.

Normalnie ucieszy┬│by si├¬ z tego zrz┬▒dzenia losu, dzi├¬ki kt├│remu bez problemu zwyci├¬┬┐y┬│ w tym ich ma┬│ym, dziecinnym wyzwaniu, ale komentarz Deana... Sam jest ju┬┐ przy wej┬Âciu do gabinetu luster, wi├¬c zatrzymuje si├¬ i stoi w drzwiach, obserwuj┬▒c, jak brat gramoli si├¬ na nogi i podnosi ma┬│┬▒ dziewczynk├¬, pytaj┬▒c, czy nic jej si├¬ nie sta┬│o. Kiedy przeprasza obie i g┬│aszcze malucha po g┬│owie, Sam w┬Âlizguje si├¬ do pomieszczenia, staraj┬▒c si├¬ nie my┬Âle├Ž o tym, co rozwa┬┐a obsesyjnie od kilku tygodni, je┬Âli nie miesi├¬cy. Dean wchodzi za nim po kilku sekundach.

— Wychodzi na to, ┬┐e jestem zgni┬│y pomidor — m├│wi z u┬Âmiechem; przeczesuje sobie w┬│osy i rozgl┬▒da si├¬ ciekawie po pomieszczeniu, mimo ┬┐e by┬│ w nim ca┬│kiem niedawno.

Sam wygina wargi w czym┬ na kszta┬│t suchego u┬Âmiechu maj┬▒cego pokaza├Ž, ┬┐e cieszy si├¬ z wygranej, i podchodzi do jakiego┬ lusterka. Jego odbicie jest prawie zwyczajne, r├│┬┐ni si├¬ tylko tym, ┬┐e g┬│owa jest maciupka jak pi┬│eczka do tenisa, a stopy wyd┬│u┬┐aj┬▒ si├¬ jak u klauna. Odchodzi od tafli szk┬│a szybkim krokiem, wzdryga si├¬.

— O bo┬┐e, ty zgni┬│y pomidorze — mamrocze do Deana.

Dean ┬Âmieje si├¬ g┬│o┬Âniej, ni┬┐ ten ┬┐art na to zas┬│uguje, ale Sam u┬Âmiecha si├¬ pod nosem i szturcha go w rami├¬.

— Lustereczko, powiedz przecie — zaczyna Dean skrzekliwym tonem i podchodzi do jakiego┬ zwierciad┬│a; zaczyna si├¬ w nim przegl┬▒da├Ž, robi┬▒c g┬│upie miny. — Ktooo jest najpi├¬kniejszy w ┬Âwiecie?

— Wszyscy poza Deanem Winchesterem — odpowiada takim samym tonem Sam, a kiedy Dean odkr├¬ca do niego g┬│ow├¬ i pokazuje mu j├¬zyk, dodaje normalnym g┬│osem: — Od tej lukrecji j├¬zor ci czernieje, wi├¬c nie mo┬┐esz by├Ž pi├¬kny.

— Chrza├▒ si├¬ — rzuca Dean i odwraca si├¬ do lusterka, by przyjrze├Ž si├¬ swojemu j├¬zykowi. Zbli┬┐a si├¬ do tafli tak bardzo, ┬┐e jej magiczne sztuczki przestaj┬▒ dzia┬│a├Ž i odbicie Deana jest najzwyczajniejsze w ┬Âwiecie, tak jak na ka┬┐dym innym lustrze. Ciemny j├¬zyk ch┬│opaka jest dobrze widoczny.

Sam ┬Âmieje si├¬ i szturcha Deana palcem w bok, ale on, zaj├¬ty obserwowaniem j├¬zyka, nie zwraca na to uwagi.

———


Do Kolorado przyjechali z Illinois, gdzie za┬│atwili trzy grasuj┬▒ce wilko┬│aki. Walka z potworami zako├▒czy┬│a si├¬ krwaw┬▒ ┬│a┬╝ni┬▒ i ledwo uszli z ┬┐yciem, bo te okaza┬│y si├¬ zupe┬│nie nietypowe — by┬│y silniejsze, szybsze, zwinniejsze i bardziej krwio┬┐ercze ni┬┐ inne wilki, kt├│re kiedykolwiek spotkali. Gdy wydawa┬│o si├¬, ┬┐e Winchesterowie zaraz zgin┬▒, ka┬┐dy rozszarpany przed jedno monstrum, Sam ostatkiem si┬│ wyj┬▒┬│ z buta zwyk┬│y srebrny n├│┬┐, kt├│ry nosi┬│ tam w razie czego, i wbi┬│ bro├▒ w gard┬│o wilkowi przygwa┬┐d┬┐aj┬▒cemu go do ziemi. Ten zacharcza┬│, opluwaj┬▒c Sama krwi┬▒, oderwa┬│ si├¬ od jego cia┬│a i zatoczy┬│, a┬┐ w ko├▒cu upad┬│ i le┬┐a┬│ tak nieruchomo. Sam zamkn┬▒┬│ oczy, wzi┬▒┬│ g┬│├¬boki wdech i gdy w┬│a┬Ânie chcia┬│ wstawa├Ž, by m├│c rzuci├Ž si├¬ na pomoc tacie i bratu, us┬│ysza┬│ krzyk ojca. Zdawa┬│o si├¬, ┬┐e ┬Âmier├Ž jednego potwora rozw┬Âcieczy┬│a dwa pozosta┬│e; najwi├¬kszy — atakuj┬▒cy do tej pory Johna — zawy┬│ i z obna┬┐onymi z├¬bami rzuci┬│ si├¬ na czo┬│gaj┬▒cego si├¬ Sama, a ch┬│opak m├│g┬│ tylko zas┬│oni├Ž twarz r├¬kami i modli├Ž si├¬, by John, teraz wolny, zd┬▒┬┐y┬│ dopa┬Â├Ž wilka, zanim ten dopad┬│by Sama. Gdzie┬ w tle s┬│ysza┬│, jak Dean sapie g┬│o┬Âno i krzyczy co┬ do ojca, a wilk, kt├│ry ju┬┐ prawie dosi├¬ga┬│ gard┬│a szamocz┬▒cego si├¬ brata, podrywa si├¬ i zaczyna wy├Ž do ksi├¬┬┐yca, jak gdyby co┬ dog┬│├¬bnie go zabola┬│o. Sam podejrzewa┬│, ┬┐e nie chodzi┬│o o tych kilka lichych ran zadanych mu przez Deana, zanim potw├│r wytr┬▒ci┬│ mu bro├▒ z r├¬ki, a raczej o to, ┬┐e Winchesterowie zaatakowali wilko┬│acz┬▒ rodzin├¬, a Sam przed chwil┬▒ powa┬┐nie zrani┬│ i chyba nawet zabi┬│ najmniejszego z nich, to jest szczeni├¬. John przeczo┬│ga┬│ si├¬ po trawie, dopad┬│ pistoletu na┬│adowanego srebrnymi kulami, kt├│ry straci┬│ podczas walki, i strzeli┬│ dwukrotnie do ogromnego wilka. Ci├¬┬┐kie cielsko potwora zwali┬│o si├¬ na Sama, a┬┐ ch┬│opak straci┬│ dech; chwil├¬ p├│┬╝niej us┬│ysza┬│ nast├¬pne dwa strza┬│y i j├¬k kolejnego umieraj┬▒cego monstrum, padaj┬▒cego obok Deana. Ten natychmiast rzuci┬│ si├¬ do Sama i pom├│g┬│ mu wyj┬Â├Ž spod zw┬│ok wilko┬│aka, szarpi┬▒c go za i tak ju┬┐ podarte ubranie.

Do impali wsiedli cali brudni, w porwanych koszulach i ze ┬Âladami krwi na r├¬kach; do motelu mogli wr├│ci├Ž dopiero po tym, jak znale┬╝li jaki┬ strumyk, w kt├│rym si├¬ obmyli, zw┬│aszcza Sam, kt├│rego twarz wci┬▒┬┐ pokrywa┬│a krew wilko┬│aka. Mimo tak gor┬▒cej pory roku woda by┬│a zimna jak diabli i przez ca┬│┬▒ drog├¬ do Kolorado John kicha┬│ raz za razem. Na granicy z Missouri poprosi┬│ Deana, by go zast┬▒pi┬│, a on sam po┬│o┬┐y┬│ si├¬ na tylnym siedzeniu, nakry┬│ si├¬ kocem i uci┬▒┬│ sobie drzemk├¬; Sam jednak dobrze wiedzia┬│, ┬┐e ich ojciec mia┬│ p┬│ytki sen i non stop czuwa┬│. Gdyby na mask├¬ samochodu wskoczy┬│ znienacka jaki┬ potw├│r, John rzuci┬│by si├¬ na niego z no┬┐em szybciej, ni┬┐ Sam i Dean zdo┬│aliby wyci┬▒gn┬▒├Ž pistolet ze schowka obok kierownicy.

Wszystko by┬│o po staremu, mo┬┐e tylko z wyj┬▒tkiem muzyki, bo nie by┬│a ustawiona na prawie ca┬│y g┬│os; Dean zamiast tego w┬│┬▒czy┬│ cicho jakie┬ rockowe ballady i powstrzymywa┬│ si├¬ przed wyklepywaniem na kierownicy rytmu piosenek, bo nie chcia┬│ budzi├Ž taty. Sam siedzia┬│ na siedzeniu pasa┬┐era i podczytywa┬│ jedn┬▒ z ksi┬▒┬┐ek Deana, kt├│re ten bezwstydnie krad┬│ z tych ma┬│ych wypo┬┐yczalni w niekt├│rych odwiedzanych przez nich miasteczkach; zwyk┬│ chadza├Ž do biblioteki, ┬│ga├Ž w ┬┐ywe oczy, ┬┐e niedawno si├¬ tu wprowadzi┬│ z tat┬▒ i bratem, zak┬│ada├Ž konto i wypo┬┐ycza├Ž pi├¬├Ž czy sze┬Â├Ž ksi┬▒┬┐ek naraz. Czyta┬│ je wieczorami w motelach przy lampkach z pot┬│uczonymi szklanymi aba┬┐urami lub brudnymi materia┬│owymi os┬│onkami, gdy Sam i John zajmowali si├¬ wyszukiwaniem informacji oraz spisywaniem ich w dzienniku, albo czyta┬│ w impali na tylnym siedzeniu, gdy John prowadzi┬│, a Sam obok niego wybiera┬│ muzyk├¬ — zazwyczaj i tak decydowa┬│ si├¬ na Led Zeppelin, Metallic├¬ czy AC/DC, bo nie chcia┬│ s┬│ucha├Ž narzeka├▒ Deana, ┬┐e mu nastr├│j psuje; poza tym rzeczywi┬Âcie lubi┬│ rocka. Niekiedy czyta┬│ rano, gdy budzi┬│ go deszcz i nie m├│g┬│ ju┬┐ potem zasn┬▒├Ž, a Sam i John spali smacznie, zapl┬▒tani w ko┬│dry i poszewki, cho├Ž to raczej rzadko, bo wszyscy dobrze wiedzieli, jaki z Deana ┬Âpioch. Sam podkrada┬│ mu te ksi┬▒┬┐ki, kt├│re uznawa┬│ z interesuj┬▒ce, i czasami nawet towarzyszy┬│ bratu w wypadach do biblioteki, by na jego konto wzi┬▒├Ž te┬┐ co┬ dla siebie. Zawsze jednak stara┬│ si├¬ czyta├Ž szybko, tak by zd┬▒┬┐y├Ž zwr├│ci├Ž powie┬Âci, ale Dean czyta┬│ tyle, ile zdo┬│a┬│, a potem oddawa┬│ tylko to co przeczytane — reszt├¬ zabiera┬│ do impali, by mie├Ž si├¬ czym zaj┬▒├Ž w drodze do nast├¬pnego miasteczka, gdzie prawdopodobnie niecnie obrabuje nast├¬pn┬▒ bibliotek├¬. Czasami nie mia┬│ ksi┬▒┬┐ki w r├¬ku tygodniami i wtedy Sam chadza┬│ do biblioteki bez niego, a czasami po┬┐era┬│ nawet dwie dziennie; miewa┬│ r├│┬┐ne fazy i trudno by┬│o przewidzie├Ž, co, dlaczego i czy w og├│le b├¬dzie czyta┬│. Ze trzy razy Sam przy┬│apa┬│ go nawet z jakimi┬ romansid┬│ami, ale podejrzewa┬│, ┬┐e Dean wypo┬┐yczy┬│ je w szczytnych celach — to jest chcia┬│ dowiedzie├Ž si├¬, jak poderwa├Ž t├¬ czy inn┬▒ dziewczyn├¬.

Ale kiedy opuszczali Missouri i wje┬┐d┬┐ali do Kansas, Sam by┬│ niespokojny. W ci┬▒gu tych wszystkich lat zdo┬│a┬│ w pewnym sensie poczu├Ž si├¬ jak obywatel ca┬│ych Stan├│w; uwielbia┬│ odwiedza├Ž latem gor┬▒c┬▒ Kaliforni├¬ i spacerowa├Ž z Deanem po Santa Monica Pier, uwielbia┬│ odwiedza├Ž Dakot├¬ P├│┬│nocn┬▒ zim┬▒ i siedzie├Ž w jakim┬ barze z Deanem, s┬▒cz┬▒c grza├▒ca i obserwuj┬▒c, jak brat zagaduje do kelnerki albo czyta kolejn┬▒ podw├¬dzon┬▒ sk┬▒d┬ ksi┬▒┬┐k├¬, uwielbia┬│ te┬┐ po prostu jecha├Ž przez Iowa, Nebrask├¬ i Wyoming z uchylonymi oknami, przez kt├│re wystawia┬│ g┬│ow├¬ w stron├¬ przyjemnie ciep┬│ego s┬│o├▒ca i b┬│├¬kitnego nieba, i z Deanem po┬Âpiewuj┬▒cym gdzie┬ w tle piosenki lec┬▒ce z radia. Czasami wydawa┬│o mu si├¬, ┬┐e Stany to ca┬│y ┬Âwiat; wiedzia┬│, ┬┐e to nieprawda, ┬┐e na ┬Âwiecie jest siedem kontynent├│w i na ka┬┐dym mieszkaj┬▒ ludzie tworz┬▒cy swoje w┬│asne pa├▒stwa, spo┬│eczno┬Âci, miasteczka, ┬┐e wsz├¬dzie mo┬┐na znale┬╝├Ž co┬ innego, ale kiedy tak jechali dzie├▒ za dniem i przekraczali tylko granice kolejnych stan├│w, wtedy zdawa┬│o si├¬, ┬┐e Ziemia jest Ameryk┬▒. Wszyscy wsz├¬dzie m├│wi┬▒ po angielsku, wszyscy wsz├¬dzie ┬Âwi├¬tuj┬▒ czwartego lipca, wszyscy wsz├¬dzie wiedz┬▒, kto by┬│ pierwszym prezydentem Stan├│w Zjednoczonych. Jasne, ludzie w Bostonie m├│wili ze ┬Âmiesznym akcentem, a mieszka├▒cy Kalifornii szczycili si├¬ opalon┬▒ sk├│r┬▒ i mieli dost├¬p do najwi├¬kszego oceanu na ┬Âwiecie, ale tak naprawd├¬, gdzie┬ w g┬│├¬bi, nie r├│┬┐nili si├¬ od siebie absolutnie niczym. Wsz├¬dzie by┬│ dom, bo wsz├¬dzie by┬│o tak samo.

Ale Kansas... Kansas by┬│o — dla Sama — inne. Nie pami├¬ta┬│ domu rodzinnego; by├Ž mo┬┐e Dean mia┬│ jakie┬ wspomnienia z okresu, kiedy mama jeszcze ┬┐y┬│a, a tata nic nie wiedzia┬│ o potworach, ale Sam nigdy go o to nie pyta┬│. Mimo to Kansas by┬│o dla niego troch├¬ bardziej domem ni┬┐ wszystkie pozosta┬│e stany; sp├¬dzili tu ostatnie cztery miesi┬▒ce, by Sam m├│g┬│ skupi├Ž si├¬ na ko├▒cowym etapie swojej edukacji, pozytywnie zda├Ž egzaminy i wreszcie by├Ž wolnym!, jak uj┬▒┬│ to Dean. We tr├│jk├¬ wynaj├¬li ma┬│e mieszkanko niedaleko szko┬│y Sama, ale rzadko kiedy tam siedzieli. Zazwyczaj kr┬▒┬┐yli po ca┬│ym Kansas w poszukiwaniu potwor├│w, a gdy znale┬╝li jak┬▒┬ spraw├¬ gdzie┬ w innym stanie, wtedy albo jechali tam wszyscy, je┬Âli Sam mia┬│ wolne lub m├│g┬│ bez przeszk├│d opu┬Âci├Ž jeden dzie├▒ czy dwa, albo rozdzielali si├¬ i Sam zostawa┬│ w mieszkaniu sam lub z Deanem. To by┬│a najbli┬┐sza domowi namiastka, jakiej kiedykolwiek do┬Âwiadczy┬│; cztery lata wcze┬Âniej tata zaproponowa┬│ Deanowi, ┬┐e wynajm┬▒ mieszkanko i pozwol┬▒ mu w spokoju sko├▒czy├Ž edukacj├¬, ale Dean tego nie chcia┬│. Nadal zmienia┬│ szko┬│y co miesi┬▒c, co dwa miesi┬▒ce, czasami cz├¬┬Âciej, a mimo to egzaminy zda┬│ za pierwszym razem. By├Ž mo┬┐e jego wyniki nie by┬│y najwy┬┐sze, ale dla niego i tak nie mia┬│o to znaczenia. Nie planowa┬│ i┬Â├Ž dalej, ┬┐aden z nich o tym nie my┬Âla┬│. A przynajmniej nie wtedy.

Te cztery miesi┬▒ce w Kansas by┬│y dla Sama czym┬ zupe┬│nie innym, da┬│y mu jakie┬ poj├¬cie o tym, jak ┬┐yj┬▒ normalni ludzie. Codziennie rano wychodzi┬│ z mieszkania, a nie z pokoju motelowego, nie mija┬│ recepcji i nie musia┬│ meldowa├Ž si├¬ i wymeldowywa├Ž co kilka tygodni. Dean nawet nie krad┬│ ju┬┐ ksi┬▒┬┐ek, po prostu zapisa┬│ si├¬ do biblioteki i wypo┬┐ycza┬│ dwie czy trzy tygodniowo, a kiedy nie zd┬▒┬┐y┬│ kt├│rej┬ przeczyta├Ž, przed┬│u┬┐a┬│ termin i oddawa┬│ j┬▒ p├│┬╝niej — cho├Ž kilka razy musia┬│ to robi├Ž za niego Sam, zw┬│aszcza gdy Dean zabiera┬│ ksi┬▒┬┐ki i jecha┬│ z ojcem na polowanie do Teksasu albo Arizony. Ale to w┬│a┬Ânie by┬│o to, ta normalno┬Â├Ž. Kiedy przed┬│u┬┐asz bratu termin oddania ksi┬▒┬┐ek w bibliotece, a nie obserwujesz stos tom├│w le┬┐┬▒cy na szafce i zastanawiasz si├¬, kt├│re z nich Dean zd┬▒┬┐y przeczyta├Ž, a kt├│re ukradnie. Kiedy sma┬┐ysz jajecznic├¬ we w┬│asnej kuchni na w┬│asnej patelni, a nie tylko jesz kupn┬▒ w restauracji na talerzu, kt├│ry nie jest tw├│j. Winchesterowie mieli swoje rzeczy — samoch├│d, bro├▒, ubrania, kupowali artyku┬│y do higieny, ale to nie o tym coraz cz├¬┬Âciej my┬Âla┬│ Sam, gdy siedzia┬│ nad podr├¬cznikami i k┬▒tem oka patrzy┬│, jak jego miejsce reaserchera zajmuje Dean i jak obaj, jego ojciec i brat, sp├¬dzaj┬▒ godziny nad rozwi┬▒zywaniem kolejnych spraw.

Nocowali w Kansas w jakim┬ tanim motelu, a nast├¬pnego dnia ruszyli dalej, a┬┐ dodarli tutaj, do Kolorado. Kolorado jest ca┬│kiem przyjemne, tak s┬▒dzi Sam, ale coraz trudniej mu my┬Âle├Ž o tych wszystkich stanach jako o jednym wielkim domu.

———


W├¬druj┬▒ obok siebie ┬Âcie┬┐k┬▒ prowadz┬▒c┬▒ na parking obok weso┬│ego miasteczka, ale mijaj┬▒ go i id┬▒ dalej. Tata zatrzyma┬│ si├¬ impal┬▒ przy kolejnej ulicy, by wszyscy trzej mogli si├¬ rozdzieli├Ž, zanim dotr┬▒ na miejsce. John ju┬┐ na nich czeka, kiedy docieraj┬▒ do samochodu, a gdy wchodz┬▒ — Sam z ty┬│u, a Dean z przodu, na miejscu pasa┬┐era — tata odpala i rusza. G┬│adko w┬│┬▒cza si├¬ do ruchu i odzywa si├¬ dopiero wtedy, kiedy ju┬┐ jad┬▒.

— B├¬dziecie mi potrzebni — m├│wi. — Musicie wybra├Ž si├¬ do biblioteki i przejrze├Ž stare gazety, te sprzed dw├│ch lat.

— Po co? — pyta Dean i zaczyna grzeba├Ž w schowku; Sam podejrzewa, ┬┐e szuka jakiej┬ ksi┬▒┬┐ki. — My┬Âla┬│em, ┬┐e ju┬┐ znalaz┬│ tata wszystko, czego potrzebowa┬│.

— Tak mi si├¬ wydawa┬│o. — John chrz┬▒ka i zmienia pas, upewniaj┬▒c si├¬ w lusterku wstecznym, ┬┐e mo┬┐e wykona├Ž ten manewr. W odbiciu ┬│apie wzrok Sama i puszcza mu oczko. Sam czuje momentalny nap┬│yw poczucia winy, ┬┐e wci┬▒┬┐ my┬Âli o zostawieniu taty i Deana, nawet je┬Âli wszystkie te plany nadal s┬▒ mgliste. — Ale teraz musicie znale┬╝├Ž informacje o szkole tej dziewczyny, o jej znajomych, jakie┬ wywiady z przyjaci├│┬│kami i inne takie. Musimy wiedzie├Ž dok┬│adniej, jakie relacje ┬│┬▒czy┬│y j┬▒ z t┬▒ bidulk┬▒, t┬▒ Katie, kt├│r┬▒ teraz zamordowano.

Dean wyci┬▒ga ze schowka podniszczony egzemplarz „Rze┬╝ni numer pi├¬├Ž” Vonneguta, kt├│ry, jak Sam pami├¬ta, ukrad┬│ w Minnesocie; naklejka z numerem i nazw┬▒ biblioteki informuje go, ┬┐e ksi┬▒┬┐ka pochodzi z Lakeville. Ch┬│opak otwiera j┬▒ i przerzuca kilka kartek, ale nie zaczyna czyta├Ž; wci┬▒┬┐ uwa┬┐nie wpatruje si├¬ w tat├¬.

— Jakie┬ nowe okoliczno┬Âci? — pyta Sam, bardziej z grzeczno┬Âci ni┬┐ faktycznej ciekawo┬Âci.

John kiwa g³ow± i poleca Deanowi w³±czenie Led Zeppelin. Kiedy w samochodzie rozbrzmiewaj± pierwsze nuty, ojciec siê relaksuje i siada wygodniej. Do ich motelu jest jeszcze kilka ³adnych mil, wiêc maj± trochê czasu.

— Tak — odpowiada w ko├▒cu tata. — Podobno tamta dziewczyna dwa lata temu spad┬│a ze ┬Âcianki wspinaczkowej kilka dni po tym, jak dowiedzia┬│a si├¬, ┬┐e jej ch┬│opak j┬▒ zdradza. Ale jeszcze nie wiem, jak si├¬ to ma do ┬Âmierci tej Katie sprzed kilku dni. Podrzuc├¬ was tutaj, dobra? — pyta i zerka na Deana. — Od┬│├│┬┐ t├¬ ksi┬▒┬┐k├¬ i id┬╝ z bratem do biblioteki. Masz tu ju┬┐ konto, tak? Chyba zak┬│ada┬│e┬ kilka dni temu.

— Tak, mam — odpowiada Dean. — Wypo┬┐yczy┬│em ju┬┐ dwie ksi┬▒┬┐ki.

— ┬Žwietnie — m├│wi John i zje┬┐d┬┐a na pobocze. — Zd┬▒┬┐y┬│e┬ ju┬┐ kt├│r┬▒┬ przeczyta├Ž? To mo┬┐esz od razu odda├Ž.

Dean kiwa g┬│ow┬▒ i nurkuje w schowku, a potem wyci┬▒ga „Wielkiego Gatsby'ego”. Sam unosi brwi; nie mia┬│ poj├¬cia, ┬┐e Dean r├│wnie ch├¬tnie si├¬ga po lektury szkolne.

Zatrzymuj┬▒ si├¬ obok ca┬│kiem sporej biblioteki. ┬Žciany budynku pomalowane s┬▒ kolor, kt├│ry lata temu musia┬│ by├Ž jaskrawym pomara├▒czem, ale dzi┬ przypomina raczej wyblak┬│┬▒ szaro┬Â├Ž, kt├│ra lekko zalatuje na r├│┬┐owopomara├▒czowo. Sam i Dean wychodz┬▒ z impali; John uchyla szyb├¬ i kiwa na nich, by si├¬ zatrzymali.

— Przyjad├¬ po was za jakie┬ p├│┬│torej godziny, dobra? P├│jd├¬ przes┬│ucha├Ž by┬│ego ch┬│opaka tej dziewczyny, kt├│ra zgin├¬┬│a dwa lata temu. Mo┬┐e b├¬dzie co┬ wiedzia┬│.

— Dobra, tato — odpowiada Dean.

John kiwa im g³ow± i odje¿d¿a, a oni ruszaj± w stronê biblioteki.

———


Dean orientuje si├¬ tylko w dziale z beletrystyk┬▒, wi├¬c kr├¬c┬▒ si├¬ po bibliotece bezsensownie przez chwil├¬, zanim decyduj┬▒ si├¬ i┬Â├Ž poprosi├Ž kogo┬ o pomoc przy przeszukiwaniu archiw├│w. Sam ┬│apie Deana za koszulk├¬, kiedy widzi, ┬┐e ten najch├¬tniej przepad┬│by gdzie┬ mi├¬dzy p├│┬│kami, zw┬│aszcza ┬┐e k┬▒tem oka dostrzega grupk├¬ m┬│odych dziewczyn; Dean wywraca oczami, ale pos┬│usznie pod┬▒┬┐a za Samem w kierunku biurka bibliotekarzy. Zauwa┬┐aj┬▒ tam jak┬▒┬ starsz┬▒ kobiet├¬ czytaj┬▒c┬▒ czasopismo, wi├¬c przyspieszaj┬▒, ale w tym momencie do biblioteki wchodzi m┬│ody ch┬│opak w szarej beanie[1], kt├│ry podchodzi do biurka.

— Cze┬Â├Ž, Emmo — wita si├¬ pogodnie ze staruszk┬▒, a ta odk┬│ada gazet├¬, obrzuca go spojrzeniem i u┬Âmiecha si├¬ k┬▒┬Âliwie.

— Cztery minuty sp├│┬╝nienia, Mike! — odpowiada, kilkukrotnie stukaj┬▒c palcem w zegarek na nadgarstku, ale potem ┬Âmieje si├¬ cicho i wstaje, by przytuli├Ž ch┬│opaka. — Dobrze, ┬┐e ju┬┐ jeste┬Â. Dzwoni┬│a Margaret, ┬┐ebym przysz┬│a do niej troszeczk├¬ wcze┬Âniej, wi├¬c zostawi├¬ ci├¬ ju┬┐ teraz, dobrze?

Sam obserwuje, jak ch┬│opak — Mike — kiwa g┬│ow┬▒, a kobieta wychodzi zza biurka, zdejmuje ze stojaka fantazyjny fioletowy kapelusz z wielkim rondem i wychodzi, wk┬│adaj┬▒c nakrycie g┬│owy. Nagle Sam orientuje si├¬, ┬┐e Dean gdzie┬ znikn┬▒┬│. Rozgl┬▒da si├¬ po bibliotece i dostrzega go chowaj┬▒cego si├¬ za jak┬▒┬ p├│┬│k┬▒.

— Co ty robisz? — pyta, podchodz┬▒c do niego. — Mieli┬Âmy i┬Â├Ž zapyta├Ž o te archiwa.

Dean udaje bardzo zaj├¬tego przegl┬▒daniem jakiej┬ pozycji; nawet nie podnosi wzroku, tylko przerzuca kartki i odk┬│ada ksi┬▒┬┐k├¬, by wzi┬▒├Ž do r├¬ki kolejn┬▒, kt├│r┬▒ traktuje tak samo nieuwa┬┐nie jak poprzedni┬▒.

— Nic nie robi├¬, chc├¬ sobie tylko wybra├Ž co┬ poczytania. Id┬╝ sam spytaj.

Sam zerka na plakietk├¬ przy p├│┬│ce informuj┬▒c┬▒ o gatunku znajduj┬▒cych si├¬ na niej ksi┬▒┬┐ek i widzi napis „Publicystyka literacka i eseje”. Rzuca Deanowi niedowierzaj┬▒ce spojrzenie.

— Od kiedy ty w og├│le czytasz eseje, co? Przyznaj si├¬ po prostu, ┬┐e nie chcesz ze mn┬▒ i┬Â├Ž, chocia┬┐ kompletnie nie mam poj├¬cia czemu.

Dean wzdycha, odk┬│ada ksi┬▒┬┐k├¬ i wychyla si├¬ zza p├│┬│ki, opieraj┬▒c r├¬ce na ramionach Sama. Rzuca szybkie spojrzenie na biurko i chowa g┬│ow├¬ z powrotem. Sam str┬▒ca jego d┬│onie z ramion, na co Dean pokazuje mu j├¬zyk, i te┬┐ zerka w tym samym kierunku. Dostrzega Mike'a, kt├│ry najwyra┬╝niej zd┬▒┬┐y┬│ ju┬┐ zdj┬▒├Ž beanie, bo teraz Sam widzi jego przyd┬│ugie jasnoniebieskie w┬│osy opadaj┬▒ce mu na twarz[2].

— No co tam jest takiego? — pyta, wracaj┬▒c do poprzedniej pozycji.

Dean przebiera palcami po grzbietach ksi±¿ek, kopie Sama w ³ydkê i przeczesuje czuprynê palcami. Sam marszczy brwi i masuje siê po bol±cej nodze.

— Dobra, Sammy, no to p├│jd├¬ sam, a ty tu poczekaj — o┬Âwiadcza wreszcie Dean, przewracaj┬▒c oczami.

— Co? A to niby dlaczego?

Sam czuje si├¬ coraz bardziej zdumiony dziwnym zachowaniem Deana. S┬▒ w bibliotece, wi├¬c brat powinien czu├Ž si├¬ jak ryba w wodzie, a nie chowa├Ž si├¬ po k┬▒tach, zw┬│aszcza ┬┐e przyszli tu w poszukiwaniu materia┬│├│w potrzebnych do polowania.

— A to niby dlatego, smarkaczu — odpowiada Dean i kopie go w drug┬▒ ┬│ydk├¬. Sam posy┬│a mu mordercze spojrzenie, ale Dean nic sobie z tego nie robi. — P├│jdziesz wybra├Ž mi jak┬▒┬ ksi┬▒┬┐k├¬? Ja w tym czasie spytam o te archiwa i potem ci├¬ zgarn├¬.

— No dobra, niech ci b├¬dzie — m├│wi w ko├▒cu Sam.

Rusza w kierunku p├│┬│ki z powie┬Âciami, ale odwraca si├¬, przystaj┬▒c gdzie┬ z boku, i obserwuje, jak Dean bierze g┬│├¬boki wdech, po czym idzie do biurka, przy kt├│rym siedzi Mike. Sam bierze jaki┬ pierwszy z brzegu gruby tom i lawiruje mi├¬dzy rega┬│ami, tak by znale┬╝├Ž si├¬ bli┬┐ej Deana i Mike'a, a potem ukrywa si├¬ za wystaj┬▒c┬▒ p├│┬│k┬▒ i przesuwa kilka ksi┬▒┬┐ek, ┬┐eby m├│c obserwowa├Ž brata zza metalowych pr├¬t├│w podtrzymuj┬▒cych konstrukcj├¬ rega┬│u.

— Ee, cze┬Â├Ž? — m├│wi Dean i przystaje przy biurku, a wtedy Mike podnosi wzrok i u┬Âmiecha si├¬ szeroko, od razu podnosz┬▒c si├¬ z krzes┬│a.

— O, cze┬Â├Ž, wr├│ci┬│e┬Â! Jak mi┬│o! To znaczy — odchrz┬▒kuje, przykrywaj┬▒c usta d┬│oni┬▒ zwini├¬t┬▒ w pi├¬┬Â├Ž, i wtedy Sam dostrzega, ┬┐e troch├¬ trz├¬s┬▒ mu si├¬ r├¬ce — pewnie chcesz odda├Ž kt├│r┬▒┬ z ksi┬▒┬┐ek?

— No tak, przeczyta┬│em jedn┬▒. — Dean podaje mu „Wielkiego Gatsby'ego”, kt├│rego wcze┬Âniej wyci┬▒gn┬▒┬│ ze schowka w impali. — I zastanawia┬│em si├¬, czy...

— O, i jak, podoba┬│o ci si├¬? — przerywa mu Mike z ekscytacj┬▒ i bierze ksi┬▒┬┐k├¬. Dean szybko cofa r├¬k├¬. — Swoj┬▒ drog┬▒, do jakiej ty szko┬│y chodzi┬│e┬Â, ┬┐e nie kazali ci tego czyta├Ž jako lektur├¬... — ┬Žmieje si├¬.

— No, bardzo fajna, bardzo fajna — odpowiada Dean, patrz┬▒c wsz├¬dzie, byle nie na Mike'a. Sam widzi, jak Mike co chwil├¬ przeczesuje w┬│osy woln┬▒ r├¬k┬▒, a w drugiej wci┬▒┬┐ ┬Âciska „Wielkiego Gatsby'ego”. — Te po┬Âcigi, te wybuchy — ┬┐artuje i u┬Âmiecha si├¬ kr├│tko. — A moja szko┬│a by┬│a, jak by to uj┬▒├Ž, troch├¬ dziwna.

Obaj przez chwil├¬ milcz┬▒; Mike si├¬ga r├¬k┬▒ do dokument├│w le┬┐┬▒cych na biurku, najprawdopodobniej po to, by znale┬╝├Ž kart├¬ Deana i odnotowa├Ž fakt oddania ksi┬▒┬┐ki, a Dean patrzy na niego w ciszy. Sam mru┬┐y oczy, zastanawiaj┬▒c si├¬, o co chodzi.

— No wi├¬c chcia┬│em spyta├Ž... — zaczyna znowu Dean, a Mike przerywa w po┬│owie pisania czego┬ na karcie i podnosi wzrok.

— Tak, bardzo ch├¬tnie — odpowiada. — Przepraszam, ┬┐e wcze┬Âniej ci przerwa┬│em, ale... No tak jako┬Â. Ale tak.

Sam dostrzega szok na twarzy brata, czemu wcale si├¬ nie dziwi, bo sam te┬┐ nie ma poj├¬cia, o co chodzi Mike'owi. Dean odchrz┬▒kuje i rozgl┬▒da si├¬ po bibliotece, a Sam szybko chowa si├¬ za ksi┬▒┬┐kami, tak ┬┐eby nie by┬│o go wida├Ž. Gdyby Dean przy┬│apa┬│ go na podgl┬▒daniu i pods┬│uchiwaniu, na pewno nie by┬│by zadowolony.

— Ja chcia┬│em spyta├Ž, gdzie mog├¬ znale┬╝├Ž dzia┬│ z archiwami — m├│wi Dean.

Sam zn├│w ostro┬┐nie wygl┬▒da zza ksi┬▒┬┐ek i dostrzega, jak Dean patrzy na Mike'a, a Mike momentalnie czerwienieje.

— Ach — odpowiada ch┬│opak i opuszcza wzrok, a kilka kosmyk├│w opada mu na twarz, przykrywaj┬▒c jego oczy. — A ja my┬Âla┬│em, ┬┐e... Przepraszam. Dzia┬│ z archiwami jest w drugim pomieszczeniu, a drzwi do tego pomieszczenia s┬▒ mi├¬dzy rega┬│em z obyczaj├│wkami a rega┬│em z horrorami, tam na ko├▒cu. — Macha r├¬k┬▒, by wskaza├Ž kierunek, po czym ┬│apie d┬│ugopis i kart├¬ Deana.

Dean drga, tak jakby chcia┬│ odej┬Â├Ž, ale po sekundzie wahania zaciska r├¬ce w pi├¬┬Âci i zostaje w miejscu.

— Co pomy┬Âla┬│e┬Â, Michael? — pyta, uparcie patrz┬▒c na Mike'a.

Mike podnosi wzrok, ┬Âciskaj┬▒c d┬│ugopis, i wzrusza ramionami, zak┬│adaj┬▒c w┬│osy za ucho.

— Nic. — Milczy przez kilka sekund, obracaj┬▒c pisak w d┬│oni. — By┬│e┬ tu kilka dni temu, rozmawiali┬Âmy, poleci┬│em ci ksi┬▒┬┐ki, a dzi┬ wr├│ci┬│e┬ o tej samej porze co wtedy, wi├¬c pomy┬Âla┬│em, ┬┐e mo┬┐e... no wiesz, mia┬│e┬ nadziej├¬ mnie spotka├Ž. I ┬┐e mo┬┐e... — Urywa na chwil├¬ i pstryka kilka razy d┬│ugopisem, nerwowo, bardzo szybko. — No ┬┐e mo┬┐e chcia┬│by┬ si├¬ kiedy┬ spotka├Ž. ┬»eby porozmawia├Ž o kolejnych ksi┬▒┬┐kach, kt├│re m├│g┬│bym ci poleci├Ž, albo og├│lnie o literaturze, albo... albo o czym┬ innym... mo┬┐e — ko├▒czy niezgrabnie.

Dean zaciska usta i sprawia takie wra┬┐enie, jakby chcia┬│ co┬ powiedzie├Ž, ale nie bardzo wiedzia┬│ co, ale te┬┐ jakby mia┬│ ochot├¬ uciec z tego miejsca. Przebiega wzrokiem po biurku, a potem zn├│w patrzy na Mike'a; bierze g┬│├¬boki wdech, ko┬│ysze si├¬ na pi├¬tach.

— To mo┬┐e... mo┬┐e za kilka dni wpadn├¬ — m├│wi w ko├▒cu i u┬Âmiecha si├¬ blado. — Ca┬│y czas masz ten sam grafik? Mog├¬ przyj┬Â├Ž o tej samej porze?

— Tak.

Mike rozpromienia si├¬ w jednej chwili i wygl┬▒da na niemo┬┐ebnie szcz├¬┬Âliwego; ┬Âciska d┬│ugopis coraz mocniej, a┬┐ bielej┬▒ mu palce, a Dean rzuca ch┬│opakowi jeszcze jeden kr├│tki u┬Âmiech i macha r├¬k┬▒ w stron├¬ drzwi do pomieszczenia z archiwami.

— Okej. To ja id├¬ do tych archiw├│w.

— To id┬╝.

Dean ko┬│ysze si├¬ na pi├¬tach ostatni raz, obci┬▒ga koszulk├¬ w d├│┬│ i odchodzi od biurka; Sam obserwuje Mike'a, kt├│ry wypuszcza powietrze, opada na krzes┬│o i ┬│apie jakie┬ papiery w d┬│o├▒, ┬┐eby si├¬ powachlowa├Ž. Skupia si├¬ na m┬│odym bibliotekarzu zbyt d┬│ugo, bo nagle ni st┬▒d, ni zow┬▒d pojawia si├¬ przed nim Dean, wygl┬▒daj┬▒cy na zdenerwowanego; marszczy czo┬│o i uderza Sama pi├¬┬Âci┬▒ w rami├¬.

— Ty ma┬│y podgl┬▒daczu, kaza┬│em ci i┬Â├Ž po jak┬▒┬ powie┬Â├Ž, a nie mnie pods┬│uchiwa├Ž gdzie┬ za p├│┬│k┬▒ jak ninja! — cedzi ┬Âciszonym g┬│osem i patrzy w kierunku biurka przez szpar├¬ mi├¬dzy ksi┬▒┬┐kami stworzon┬▒ przez Sama. — I jeszcze sobie stanowisko obserwacyjne zrobi┬│, bezczel jeden.

Sam woln┬▒ r├¬k┬▒ masuje si├¬ w miejscu, w kt├│rym uderzy┬│ go Dean, a drug┬▒ unosi wy┬┐ej i podsuwa bratu pod nos ksi┬▒┬┐k├¬, kt├│r┬▒ wcze┬Âniej wzi┬▒┬│ z p├│┬│ki z powie┬Âciami.

— No i poszed┬│em! Wybra┬│em ci powie┬Â├Ž i dopiero potem tu przyw├¬drowa┬│em. I nic nie pods┬│uchiwa┬│em, przypadkiem s┬│ysza┬│em...

— Przypadkiem, przypadkiem... — ironizuje Dean i krzywi si├¬ nieznacznie. ┬úapie Sama za bluzk├¬, ┬┐eby poci┬▒gn┬▒├Ž go za sob┬▒ w stron├¬ dzia┬│u z archiwami. — Przypadkiem to ty uwa┬┐aj, ┬┐ebym ci czego┬ nie zrobi┬│.

Sam odtr┬▒ca jego d┬│o├▒ i samodzielnie idzie za Deanem, a potem zr├│wnuje si├¬ z nim i wciska mu w r├¬k├¬ t├¬ powie┬Â├Ž, kt├│r┬▒ wcze┬Âniej porwa┬│ z p├│┬│ki. Dean bierze ksi┬▒┬┐k├¬ i patrzy na ni┬▒ przez chwil├¬, a potem powoli przenosi wzrok na Sama, podnosi tom, tak by Sam dobrze widzia┬│ ok┬│adk├¬, i wpatruje si├¬ z brata intensywnie.

— Wybra┬│e┬ mi powie┬Â├Ž, co? — pyta, cedz┬▒c s┬│owa, i unosi brwi. — No to widz├¬, ┬┐e dobrze si├¬ przy┬│o┬┐y┬│e┬ do tego wybierania.

Sam momentalnie zalewa si├¬ fal┬▒ wstydu, bo Dean trzyma w r├¬ku ┬│adny, b┬│yszcz┬▒cy nowo┬Âci┬▒ egzemplarz „Wielkiego Gatsby'ego”; pod tytu┬│em widnieje bia┬│a naklejka z napisem: rowizna od Burmistrza Miasta Florence dla Biblioteki Miejskiej we Florence, kt├│ra nieco zadar┬│a si├¬ z lewej strony, wi├¬c Sam podejrzewa, ┬┐e s┬│owo „rowizna” mia┬│o oznacza├Ž „Darowizna”. Dean macha ksi┬▒┬┐k┬▒ ponaglaj┬▒co i jeszcze wy┬┐ej unosi brwi.

— No dobra, wzi┬▒┬│em jak┬▒┬ pierwsz┬▒ lepsz┬▒, kt├│ra mi si├¬ napatoczy┬│a, i poszed┬│em ci├¬ pods┬│uchiwa├Ž, przyznaj├¬ si├¬ — m├│wi Sam ze zrezygnowaniem, bo nic innego mu nie pozosta┬│o. Wzrusza ramionami i uchyla si├¬ przed Deanem, kt├│ry chce przy┬│o┬┐y├Ž mu grubym tomiskiem w g┬│ow├¬. — Ale...

— Sied┬╝ tu i si├¬ nie wychylaj — poleca Dean, przerywaj┬▒c mu. — Id├¬ to od┬│o┬┐y├Ž na miejsce.

Sam zamyka usta i opiera si├¬ o p├│┬│k├¬, obserwuj┬▒c Deana, kt├│ry znika mi├¬dzy rega┬│ami. Przesuwa si├¬ kilka krok├│w w ty┬│ i zerka jeszcze raz na Mike'a; ch┬│opak siedzi zaczytany w jakiej┬ ksi┬▒┬┐ce i bawi si├¬ kosmykiem jasnoniebieskich w┬│os├│w. Nagle Sam czuje d┬╝gni├¬cie w bok i odwraca si├¬, by z┬│apa├Ž Deana za palec, ale Dean zr├¬cznie si├¬ uchyla i umyka.

— Chod┬╝ — m├│wi i poci┬▒ga Sama za sob┬▒. — Idziemy do tych archiw├│w, czas ucieka.

Id┬▒ cicho przez bibliotek├¬; pod┬│oga skrzypi pod ich stopami, a Sam rozgl┬▒da si├¬ ciekawie po rega┬│ach i zerka na tytu┬│y ksi┬▒┬┐ek, pod┬▒┬┐aj┬▒c za Deanem. W ko├▒cu docieraj┬▒ do drugiego pomieszczenia, by zaj┬▒├Ž si├¬ wyszukiwaniem gazet, dziennik├│w i innych przydatnych materia┬│├│w. Dean od razu podchodzi do katalogu, by zorientowa├Ž si├¬ w zbiorach biblioteki; Sam przez chwil├¬ go obserwuje.

— Dean? — pyta w ko├▒cu.

— No co? — mruczy Dean, pochylaj┬▒c si├¬ nad jakim┬ spisem i przesuwaj┬▒c palcem po kolejnych linijkach tekstu.

— Mog├¬ ci├¬ o co┬ spyta├Ž? — kontynuuje Sam i przysuwa sobie krzes┬│o z drugiego ko├▒ca pomieszczenia, tak by usi┬▒┬Â├Ž ko┬│o brata.

— Nie.

Dean zamyka spis z trzaskiem, nie patrz┬▒c na Sama, wstaje, podchodzi do rega┬│u z szufladami pe┬│nymi archiwalnych gazet i zaczyna przegl┬▒da├Ž naklejki na ka┬┐dej przegr├│dce informuj┬▒ce o datach wydania dziennik├│w.

— Udam, ┬┐e tego nie s┬│ysza┬│em — odpowiada Sam, obserwuj┬▒c go uwa┬┐nie.

— To ja powt├│rz├¬! — m├│wi k┬▒┬Âliwie Dean, po czym zatrzymuje si├¬ przy jednej z szuflad, otwiera j┬▒ i zaczyna przebiera├Ž palcami mi├¬dzy gazetami.

— Bo┬┐e, Dean... — narzeka Sam i zaczyna ko┬│ysa├Ž si├¬ na krze┬Âle. — Przecie┬┐ nie mam zamiaru ci├¬ wy┬Âmia├Ž ani nic... Po prostu mog┬│e┬ mi powiedzie├Ž, ┬┐e lubisz te┬┐ ch┬│opak├│w, dobra? — ko├▒czy, czuj┬▒c, ┬┐e czerwieni si├¬ wbrew sobie, i niemal traci r├│wnowag├¬ na siedzeniu; chybocze si├¬ przez chwil├¬, zanim wreszcie daje rad├¬ z┬│apa├Ž si├¬ brzegu sto┬│u, by nie upa┬Â├Ž.

Dean obserwuje go z jak┬▒┬ gazet┬▒ w r├¬ku, kl├¬cz┬▒c przy regale i u┬Âmiechaj┬▒c si├¬ krzywo.

— No i nieistniej┬▒ca bozia pokara┬│a ci├¬ za gadanie takich g┬│upot — komentuje; wstaje i otrzepuje kolana, podchodz┬▒c do biurka, a potem k┬│adzie tam gazet├¬ i wyg┬│adza zagi├¬ty r├│g.

— Skoro nie istnieje, to jak mog┬│a pokara├Ž?... — mamrocze pod nosem Sam, ale na tyle cicho, by brat nie m├│g┬│ go us┬│ysze├Ž.

— Nie lubi├¬ — kontynuuje Dean i odchrz┬▒kuje. — By┬│em tu par├¬ dni temu po ksi┬▒┬┐ki, spotka┬│em tego ca┬│ego... Michaela, poleci┬│ mi kilka tytu┬│├│w i tyle.

— No ale przecie┬┐ um├│wi┬│e┬ si├¬ z nim, ┬┐eby przyjdziesz za par├¬ dni — m├│wi Sam i kopie Deana pod sto┬│em. Dean j├¬czy i odsuwa bol┬▒c┬▒ stop├¬ poza zasi├¬g Sama, patrz┬▒c na niego z uraz┬▒. Sam u┬Âmiecha si├¬ niewinnie i zak┬│ada r├¬ce na piersi. — Nie wci┬Âniesz mi kitu, ┬┐e nie um├│wi┬│e┬ si├¬ z nim w┬│a┬Ânie na randk├¬ — dodaje wrednie.

Dean rzuca mu spojrzenie spod zmru¿onych powiek i otwiera gazetê.

— Jeste┬ bardzo g┬│upi, Sam — m├│wi powa┬┐nie. — Za kilka dni przecie┬┐ nas tu ju┬┐ nie b├¬dzie. Powiedzia┬│em mu tak tylko dlatego, ┬┐e gdybym odm├│wi┬│, to by┬│oby mu przykro.

— Aha... — odpowiada Sam i przysuwa si├¬ bli┬┐ej Deana, tak by m├│c przegl┬▒da├Ž gazet├¬. — Ale jak nie pojawisz si├¬ tu za te kilka dni, to te┬┐ b├¬dzie mu przykro.

— Ale to, m├│j drogi Samuelu, nie jest ju┬┐ m├│j problem. — Dean u┬Âmiecha si├¬ szeroko i daje Samowi kuksa├▒ca w bok, a potem obaj bior┬▒ si├¬ za czytanie dziennika.

Sam widzi w tym pewn┬▒ sprzeczno┬Â├Ž, bo tak czy siak Dean Mike'a sp┬│awi┬│, ale wie te┬┐, ┬┐e Dean woli ucieka├Ž od problem├│w zwi┬▒zanych z emocjami zamiast stawi├Ž im czo┬│o. W jaki┬ pokr├¬tny spos├│b doskonale to rozumie; my┬Âli o w┬│asnych planach dotycz┬▒cych wyrwania si├¬ z ┬┐ycia ┬│owcy, wci┬▒┬┐ mglistych i wci┬▒┬┐ bardzo niepewnych, ale kusz┬▒cych, i ma ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e gdyby postawiono przed nim wyb├│r: uciec, maj┬▒c pewno┬Â├Ž, ┬┐e da sobie rad├¬, albo spr├│bowa├Ž przekona├Ž tat├¬ i brata do swojego zdania, to najprawdopodobniej wybra┬│by pierwsz┬▒ opcj├¬.

Sp├¬dzaj┬▒ w archiwum prawie godzin├¬ i z wielu zapisk├│w, kr├│tkich artyku┬│├│w oraz ze zdj├¬├Ž z kroniki szkolnej dowiaduj┬▒ si├¬, ┬┐e obie ofiary — ta sprzed dw├│ch lat i ta sprzed kilku dni — by┬│y bliskimi przyjaci├│┬│kami, kt├│re zerwa┬│y kontakty w dosy├Ž nieprzyjemnych okoliczno┬Âciach, gdy ch┬│opak tej pierwszej zdradzi┬│ j┬▒ z t┬▒ drug┬▒. Dean wysy┬│a szybkiego SMS-a do taty, by poinformowa├Ž go o znalezisku, a potem obaj wracaj┬▒ do dalszego przegl┬▒dania gazet. Od pracy odrywa ich SMS zwrotny od ojca.

Od: Tata
Dobra robota przyjade po was za jakies 15 min

— No to co, trzeba chyba b├¬dzie spali├Ž ko┬Âci tej pierwszej, tej ca┬│ej Lindsay — m├│wi Dean, zamykaj┬▒c dziennik. — Wygl┬▒da na to, ┬┐e to zwyk┬│y m┬Âciwy duch. Dowiedzia┬│a si├¬, ┬┐e ch┬│opak zdradza j┬▒ z przyjaci├│┬│k┬▒, wi├¬c rzuci┬│a si├¬ ze ┬Âcianki wspinaczkowej, a teraz jako duch zabi┬│a t├¬ Katie.

— Taaak — odpowiada Sam. — Ale dlaczego m┬Âci si├¬ dopiero po dw├│ch latach?

— A kto j┬▒ tam wie. — Dean odk┬│ada wszystkie materia┬│y z powrotem na miejsce. — Od kiedy to duchy kieruj┬▒ si├¬ jak┬▒kolwiek logik┬▒?

— Mo┬┐e i racja — mamrocze Sam, a potem podnosi si├¬, by pod┬▒┬┐y├Ž za Deanem do wyj┬Âcia, ale brat zatrzymuje go r├¬k┬▒.

— Nie, Sammy. Nie wyjdziemy razem. Najpierw ty, a ja poczekam ze dwie minuty i dopiero potem wyjd├¬.

— Co? Dlaczego?

Dean wzdycha, przewracaj┬▒c oczami.

— S┬│uchaj, jak na takiego kujona to ty bywasz naprawd├¬ t├¬py. Michael ci├¬ do tej pory nie widzia┬│ — na szcz├¬┬Âcie! — i lepiej, ┬┐eby tak zosta┬│o. Jeszcze sobie pomy┬Âli, ┬┐e niby umawiam si├¬ z nim, ale po bibliotekach szlajam si├¬ z jakim┬ innym.

Sam zaczyna u┬Âmiecha├Ž si├¬ wrednie; czuje, jak usta rozci┬▒gaj┬▒ mu si├¬ na p├│┬│ twarzy i jak w piersi narasta ┬Âmiech. Dean to dostrzega i posy┬│a bratu zirytowanie spojrzenie, ale Sam nic sobie z tego nie robi.

— Ale jednak przejmujesz si├¬ tym, co on sobie pomy┬Âli! — m├│wi ze ┬Âmiechem i robi buzi├¬ w ciup, a potem obrzuca ca┬│e cia┬│o Deana oceniaj┬▒cym spojrzeniem. — Taki wielki macho Dean Winchester, no kto by pomy┬Âla┬│, ┬┐e...

— Przykro by mu by┬│o — przerywa mu Dean. — Nie przyjd├¬ na to spotkanie za kilka dni, racja, ale na razie naprawd├¬ nie musz├¬ sprawia├Ž mu przykro┬Âci. A przecie┬┐ nie uwierzy┬│by, ┬┐e jeste┬Âmy bra├Žmi, gdybym tak mu powiedzia┬│. My nawet podobni nie jeste┬Âmy.

Sam wpatruje si├¬ przez chwil├¬ w brata, dobrze wiedz┬▒c, ┬┐e Dean m├│wi o ich wygl┬▒dzie zewn├¬trznym, ale wiedz┬▒c tak┬┐e, ┬┐e r├│┬┐ni┬▒ si├¬ nie tylko pod tym wzgl├¬dem. Przed kilkoma minutami zastanawia┬│ si├¬ nad tym, ┬┐e podobnie reaguj┬▒ na pewne sprawy, lecz mimo wszystko wci┬▒┬┐ czuje ca┬│e mn├│stwo odmienno┬Âci mi├¬dzy nimi. By├Ž mo┬┐e to jest pow├│d, dla kt├│rego wola┬│by uciec. Wie, ┬┐e nigdy nie zdo┬│a przekona├Ž Deana, ┬┐e Dean nigdy by nie zrozumia┬│.

— Okej — m├│wi wi├¬c, kiwaj┬▒c g┬│ow┬▒. — To ja ju┬┐ id├¬, poczekam na ciebie pod budynkiem.

Dean kiwa g┬│ow┬▒, a Sam wychodzi z pomieszczenia archiwalnego, w├¬druje mi├¬dzy p├│┬│kami i kieruje si├¬ ku wyj┬Âciu. Kiedy mija biurko bibliotekarzy, rzuca szybkie spojrzenie na Mike'a — czy te┬┐ Michela, jak nazywa go Dean; ch┬│opak siedzi zaczytany w jakiej┬ ksi┬▒┬┐ce i bawi si├¬ kosmykiem jasnoniebieskich w┬│os├│w. Wygl┬▒da bardzo m┬│odo, jest pewnie troch├¬ starszy od Sama, ale na pewno m┬│odszy od Deana. Nawet nie widzi, ┬┐e kto┬ przechodzi obok niego, bo tak bardzo skupia si├¬ na powie┬Âci.

Sam wychodzi z biblioteki i czeka pod ┬Âcian┬▒ z zegarkiem w r├¬ku. R├│wno trzy minuty i dwadzie┬Âcia sze┬Â├Ž sekund p├│┬╝niej wychodzi Dean z jak┬▒┬ ksi┬▒┬┐k┬▒ w r├¬ku. Jeszcze p├│┬│ godziny temu Sam rzuci┬│by jak┬▒┬ k┬▒┬Âliw┬▒ uwag├¬ o tym, ┬┐e Dean nie m├│g┬│ sobie darowa├Ž zagadania do Mike'a jeszcze raz, ale teraz tylko zerka ciekawie na tytu┬│; Dean wypo┬┐yczy┬│ „W drodze” Kerouaca, a Sam u┬Âmiecha si├¬ nieznacznie, przypominaj┬▒c sobie, jak sam czyta┬│ t├¬ ksi┬▒┬┐k├¬ kilka miesi├¬cy temu. Chwil├¬ p├│┬╝niej pod bibliotek├¬ podje┬┐d┬┐a tata, wi├¬c gramol┬▒ si├¬ do impali, Sam na tylne siedzenie, a Dean z przodu, co od razu wykorzystuje, by upchn┬▒├Ž „W drodze” do schowka.

— Czyli co, to klasyczny m┬Âciwy duch, tak? — pyta Dean, patrz┬▒c na tat├¬.

Dean niczego nie stwierdza, nie m├│wi pewnie ani nie wydaje os┬▒du, tak jak zrobi┬│ to w bibliotece, kiedy siedzieli nad star┬▒ gazet┬▒ i kiedy t┬│umaczy┬│ Samowi tok rozumowania ducha. Znale┬╝li materia┬│y i wyci┬▒gn├¬li wnioski, ale Dean mimo wszystko czeka na aprobat├¬ ojca, tak jakby dopiero jego wymruczane potwierdzenie by┬│o czym┬Â, co stanowi o prawdzie. Nie pierwszy raz Sam obserwuje tak┬▒ scen├¬ i nie pierwszy raz go to zastanawia, ta ch├¬├Ž Deana, by przypodoba├Ž si├¬ ojcu, po┬│┬▒czona z wiar┬▒, ┬┐e to w┬│a┬Ânie tata ma zawsze racj├¬.

— Tylko dlaczego m┬Âci si├¬ dopiero po dw├│ch latach? — dodaje Sam, moszcz┬▒c si├¬ na siedzeniu, bo wci┬▒┬┐ go to zastanawia. — Dean powiedzia┬│, ┬┐e duchy mog┬▒ post├¬powa├Ž bez sensu, ale przecie┬┐ musi by├Ž jaki┬ pow├│d.

— Masz racj├¬, Sammy — potwierdza John, potakuj┬▒c. — Rozmawia┬│em z ch┬│opakiem Katie, wiecie, tym, kt├│ry zdradzi┬│ Lindsay z Katie dwa lata temu. Powiedzia┬│, ┬┐e dzie├▒ przed ┬Âmierci┬▒ Katie spyta┬│ j┬▒, czy za niego wyjdzie. Mo┬┐liwe, ┬┐e to rozw┬Âcieczy┬│o ducha Lindsay.

— Hm, pewnie tak... — mruczy Sam.

Dean wygl┬▒da przez okno i sprawia takie wra┬┐enie, jakby nie interesowa┬│ si├¬ rozmow┬▒, ale Sam widzi, ┬┐e drga mu szcz├¬ka — Dean zaciska i rozlu┬╝nia z├¬by tak jak zawsze, gdy mocno o czym┬ my┬Âli; Sam mo┬┐e tylko zgadywa├Ž, nad czym zastanawia si├¬ Dean. Ma jednak prawie ca┬│kowit┬▒ pewno┬Â├Ž, ┬┐e chodzi o to, co powiedzia┬│ Samowi w archiwum o nielogiczno┬Âci dzia┬│ania duch├│w, jako ┬┐e tata teraz temu zaprzeczy┬│.

— Dzi┬ w nocy pojedziemy na cmentarz — o┬Âwiadcza John. — Dowiedzia┬│em si├¬, ┬┐e Lindsay zosta┬│a pochowana we Florence, wi├¬c spalimy jej ko┬Âci. Powinno by├Ž po wszystkim.

Odje┬┐d┬┐aj┬▒ spod ma┬│ej biblioteki, zapewne w po┬│owie zape┬│nionej „rowiznami” od burmistrza miasta, kt├│ry nawet nie zada┬│ sobie na tyle wysi┬│ku, by sprawdzi├Ž, czy jakie┬ ksi┬▒┬┐ki si├¬ nie powtarzaj┬▒, i zostawiaj┬▒ za sob┬▒ kart├¬ Deana, na kt├│rej Mike odnotowa┬│ fakt wypo┬┐yczenia dw├│ch powie┬Âci; Sam wie, ┬┐e nigdy nie zostan┬▒ zwr├│cone — oraz zostawiaj┬▒ samego Mike'a, kt├│ry nie tylko nie ma poj├¬cia, ┬┐e bezpowrotnie straci┬│ ksi┬▒┬┐ki, lecz tak┬┐e prawdopodobnie ju┬┐ nigdy nie zobaczy Deana.

———


Ogie├▒ skwierczy cicho, kiedy we trzech stoj┬▒ nad grobem i wpatruj┬▒ si├¬ w p┬│omienie; Dean i John cali w piachu, bo to oni dokopywali si├¬ do ko┬Âci, a Sam ochlapany benzyn┬▒, kt├│r┬▒ rozla┬│ nieuwa┬┐nie, gdy la┬│ j┬▒ na szcz┬▒tki Lindsay. Dean wyci┬▒ga r├¬k├¬ i odsuwa Sama dalej, tak by nie dosi├¬gn├¬┬│y go p┬│omienie i ┬┐eby nie zaj┬▒┬│ si├¬ ogniem, a Sam bierze g┬│├¬boki wdech — powietrze pachnie jak mokra, stara ziemia i jak trupy; znajomy zapach, kt├│ry towarzyszy Winchesterom od zawsze — i odchodzi w stron├¬ impali. Wewn┬▒trz jest ca┬│kiem ch┬│odno, lecz Sam wci┬▒┬┐ czuje pot sp┬│ywaj┬▒cy mu po karku; chwil├¬ p├│┬╝niej do┬│┬▒czaj┬▒ do niego Dean oraz John, ale nie wchodz┬▒ do samochodu. Zamiast tego wyjmuj┬▒ z baga┬┐nika wielki baniak z wod┬▒, wracaj┬▒ do rozkopanego grobu i czekaj┬▒, a┬┐ ko┬Âci spal┬▒ si├¬ do ko├▒ca, by m├│c ugasi├Ž tl┬▒cy si├¬ ogie├▒ i zasypa├Ž wykopan┬▒ dziur├¬. Dean opiera si├¬ o ┬│opat├¬ wbit┬▒ w ziemi├¬ i razem z ojcem obserwuj┬▒, jak p┬│omienie zmniejszaj┬▒ si├¬ z chwili na chwil├¬, a┬┐ w ko├▒cu prawie ca┬│kiem gasn┬▒; wtedy polewa gr├│b wod┬▒, a potem bior┬▒ si├¬ za zakopywanie. Sam patrzy na nich uwa┬┐nie, widzi Deana pracuj┬▒cego z ┬│opat┬▒ i Johna maskuj┬▒cego ich obecno┬Â├Ž, tak by nikt nie domy┬Âli┬│ si├¬, ┬┐e kto┬ robi┬│ co┬ przy tych ko┬Âciach.

Odje┬┐d┬┐aj┬▒ dopiero wtedy, kiedy upewniaj┬▒ si├¬, ┬┐e wszystko jest w porz┬▒dku i ┬┐e nie zostawili ┬┐adnego ┬Âladu. Ciemno┬Â├Ž roz┬Âwietlana jest tylko przez reflektory impali, gdy mkn┬▒ drog┬▒ w stron├¬ hotelu; Dean wygrzebuje piach spod paznokci, a kiedy ┬│apie w lusterku wstecznym wzrok Sama, ten pokazuje bratu j├¬zyk i szczerzy z├¬by. Dean wywraca oczami, ale porzuca paznokcie i zaczyna wpatrywa├Ž si├¬ w czer├▒ nocy za oknem, kt├│ra rozmazuje si├¬ od szybko┬Âci.

Do hotelu docieraj┬▒ oko┬│o drugiej nad ranem, kiedy wci┬▒┬┐ jeszcze si├¬ nie przeja┬Âni┬│o, na palcach mijaj┬▒ przysypiaj┬▒c┬▒ recepcjonistk├¬ i id┬▒ schodami na g├│r├¬ najciszej, jak tylko potrafi┬▒; Sam przeskakuje po dwa stopnie naraz, a Dean rzuca mu ostrzegawcze spojrzenia — obaj dobrze wiedz┬▒, kt├│ry z nich sporo ur├│s┬│ w ostatnim czasie i kt├│ry ma d┬│u┬┐sze nogi, dzi├¬ki czemu mo┬┐e pozwoli├Ž sobie na takie wybryki, ale Deanowi wcale si├¬ to nie podoba. Sam jest coraz wy┬┐ej; zadziera kolana i p├¬dzi schodami, s┬│ysz┬▒c za sob┬▒ Deana, kt├│ry przebiera nogami jak najszybciej, staraj┬▒c si├¬ jednocze┬Ânie by├Ž cicho.

Sam dociera pod drzwi ich pokoju dwie sekundy wcze┬Âniej ni┬┐ Dean, za co obrywa od brata lekkim kuksa├▒cem w bok, a┬┐ musi oprze├Ž si├¬ o drzwi, by nie upa┬Â├Ž; jest cholernie zm├¬czony i chocia┬┐ spodziewa┬│ si├¬, ┬┐e Dean co┬ mu zrobi, dotar┬│szy na g├│r├¬ jako drugi, to i tak traci r├│wnowag├¬. John wyjmuje klucz i odsuwa Sama w bok, by m├│c otworzy├Ž; Dean za plecami ojca posy┬│a Samowi pytaj┬▒ce spojrzenie, marszcz┬▒c brwi i patrz┬▒c na niego w zmartwieniu, ale Sam tylko kr├¬ci g┬│ow┬▒ i mamrocze: „Spaaa├Ž” tak cicho, ┬┐e nawet sam siebie nie s┬│yszy. Brat kiwa g┬│ow┬▒ i chce poda├Ž Samowi rami├¬, gdy John wreszcie otwiera drzwi i wchodzi do pokoju, ale Sam odpycha go i wchodzi pierwszy.

— Zajmuj├¬ ┬│azienk├¬! — m├│wi i od razu podchodzi do swojej torby, ┬┐eby wyj┬▒├Ž r├¬cznik.

— O ty padalcu jeden — odpowiada Dean; Sam odwraca si├¬ do niego z u┬Âmiechem na ustach, by pu┬Âci├Ž bratu oczko. — Ja jestem ca┬│y brudny, a ty tylko pola┬│e┬ si├¬ benzyn┬▒. I to jeszcze z w┬│asnej g┬│upoty!

— No w┬│a┬Ânie, jestem ca┬│y w benzynie — m├│wi Sam, unosz┬▒c brwi. — Co oznacza, ┬┐e...

— Ch┬│opaki, ciszej! — karci ich John, krzywi┬▒c si├¬. Siedzi na ┬│├│┬┐ku i zajmuje si├¬ czytaniem jakich┬ wiadomo┬Âci na telefonie, a po chwili sam zaczyna co┬ pisa├Ž, nawet nie podnosz┬▒c wzroku. — Pobudzicie wszystkich dooko┬│a.

Sam kr├│tko kiwa g┬│ow┬▒, prze┬│ykaj┬▒c ┬Âlin├¬. Nie chc┬▒ by├Ž przy┬│apani cali brudni w pokoju hotelowym w ┬Ârodku nocy, kiedy nie maj┬▒ pewno┬Âci, czy nikt nie zauwa┬┐y┬│ zniszcze├▒ dokonanych na grobie Lindsay.

— ...co oznacza — kontynuuje wi├¬c ciszej, zwracaj┬▒c si├¬ z powrotem do Deana — ┬┐e je┬Âli do pokoju wpadnie smok, kiedy ty b├¬dziesz bra┬│ prysznic, i zacznie zia├Ž ogniem, to wtedy sp┬│on├¬ niechybnie. A ty masz szans├¬ si├¬ uratowa├Ž!

Dean zak³ada rêce na piersi i rzuca Samowi spojrzenie z ukosa, jasno daj±c do zrozumienia, ¿e uwa¿a Sama za utrapienie swojego ¿ycia. Sam wzrusza ramionami i kieruje siê ku ³azience, ale czuje, ¿e Dean idzie za nim.

— Ciekawe niby, jakim cudem co┬ takiego mia┬│oby si├¬ zdarzy├Ž — m├│wi Dean; Sam odwraca si├¬, by na niego spojrze├Ž, opieraj┬▒c si├¬ o drzwi do ┬│azienki. — Poza tym smok m├│g┬│by te┬┐ mnie po┬┐re├Ž, a nie tylko zia├Ž ogniem, zdajesz sobie z tego spraw├¬?

— Nie m├│g┬│by — odpowiada Sam, szczerz┬▒c si├¬ szeroko, i zerka w g┬│┬▒b pokoju, by spojrze├Ž na tat├¬; John wci┬▒┬┐ pogr┬▒┬┐ony jest w wysy┬│aniu SMS-├│w, wi├¬c Sam puszcza bratu oczko, pochyla si├¬ do niego i mamrocze mu do ucha: — Smoki zajmuj┬▒ si├¬ z┬┐eraniem wy┬│┬▒cznie dziewic, wi├¬c w ┬┐yciu ┬┐aden by si├¬ tob┬▒ nie zainteresowa┬│.

Dean zaczyna u┬Âmiecha├Ž si├¬ zwyci├¬sko, a wtedy Sam, nie mog┬▒c si├¬ powstrzyma├Ž, dodaje:

— A ju┬┐ na pewno nie po spotkaniu z Michaelem.

Z chichotem zatrzaskuje Deanowi przed nosem drzwi od ┬│azienki, przekr├¬ca zamek, tak by Dean nie wparowa┬│ do ┬Ârodka, ┬┐eby wyg┬│osi├Ž jak┬▒┬ swoj┬▒ ci├¬t┬▒ ripost├¬, i zaczyna si├¬ rozbiera├Ž. Po chwili — dok┬│adnie tak jak si├¬ spodziewa┬│ — w kieszeni spodni czuje wibrowanie, wi├¬c wyjmuje telefon i odczytuje wiadomo┬Â├Ž.

Od: Dean Palant
Ty maly glucie jak mowisz ze smok pozera tylko dziewice i nie chcesz zostac w pokoju zeby cie jakis nie pozarl to znaczy ze ty sam jestes dziewica ha ha ha! I przestan wreszcie gadac o michaelu...

Sam zdaje sobie spraw├¬, ┬┐e Dean wci┬▒┬┐ stoi po drugiej stronie drzwi, wi├¬c wcale nie zaskakuje go ciche wibrowanie, kt├│re s┬│yszy, kiedy wysy┬│a odpowied┬╝. Wie, ┬┐e Dean w┬│a┬Ânie odczytuje wiadomo┬Â├Ž zwrotn┬▒.

Od: Sammy Suka
Ale ja nie mowie o pozarciu mnie, tylko mowie, ze jestem polany BENZYNA i SPLONALBYM, jesli smok by mnie pozial (pozial? Czy takie slowo w ogole istnieje?) ogniem. W ogole siê o mnie nie troszczysz :(

Cichy ┬Âmiech Deana i odg┬│os jego krok├│w to ostatnie, co s┬│yszy Sam, zanim wchodzi pod prysznic; dostrzega te┬┐ spor┬▒ wann├¬, ale decyduje si├¬ na szybkie od┬Âwie┬┐enie zamiast d┬│ugiej k┬▒pieli. Stara si├¬ nie zu┬┐y├Ž ca┬│ej ciep┬│ej wody, tak by starczy┬│o te┬┐ dla Deana i taty, bo rzeczywi┬Âcie to oni odwalili ca┬│┬▒ brudn┬▒ — i to dos┬│ownie, jak sobie u┬Âwiadamia — robot├¬, wi├¬c wychodzi po kilku minutach, osusza si├¬ r├¬cznikiem i otwiera drzwi, po czym podchodzi do swojego ┬│├│┬┐ka i z torby wyci┬▒ga pi┬┐am├¬. Dean podrywa si├¬ z siedzenia, odk┬│ada ksi┬▒┬┐k├¬ na pos┬│anie — Sam dostrzega, ┬┐e w charakterze zak┬│adki Dean u┬┐y┬│ biletu z weso┬│ego miasteczka, kt├│ry usmarowa┬│ nieco lodami o smaku lukrecji; mimo ┬┐e bilet nie jest ju┬┐ mokry i nie zaplami ksi┬▒┬┐ki, to i tak jest ca┬│y upaprany na czarno — i wyci┬▒ga w┬│asny r├¬cznik.

— Poczekaj, Dean — m├│wi nagle John, odk┬│adaj┬▒c telefon i zwracaj┬▒c si├¬ do nich obu przodem. — W┬│a┬Ânie napisa┬│ do mnie Bruce, m├│j stary kumpel, ┬┐e znalaz┬│ ma┬│e polowanie na granicy Dakoty Po┬│udniowej i Nebraski, ale sam nie mo┬┐e si├¬ tym zaj┬▒├Ž. To robota na maks trzy dni, i to wliczaj┬▒c podr├│┬┐. Nie b├¬d├¬ was ci┬▒ga┬│, zostaniecie tutaj, a ja sam pojad├¬, dobra? — pyta, przeci┬▒gaj┬▒c si├¬. — Zostawi├¬ wam troch├¬ pieni├¬dzy, to b├¬dziecie mogli sobie jeszcze raz i┬Â├Ž do tego weso┬│ego miasteczka albo porobi├Ž, co tam chcecie. Ostatnio ca┬│y czas polowali┬Âmy, wi├¬c sobie wreszcie odpoczniecie.

Sam patrzy na Deana, a Dean na Sama; kiwaj┬▒ kr├│tko g┬│owami. Rzeczywi┬Âcie przez ostatnich kilka dni codziennie robili co┬ zwi┬▒zanego z polowaniem, a jedynym wytchnieniem by┬│o trzygodzinne ┬│a┬┐enie po weso┬│ym miasteczku w┬Âr├│d gor┬▒ca i rozwrzeszczanych dzieci.

— Okej, tato — odpowiada Sam.

— Po moim powrocie b├¬dziemy musieli jecha├Ž do Kalifornii, um├│wi┬│em si├¬ tam na wsp├│lne polowanie na wilko┬│aki — dodaje John, wzdychaj┬▒c g┬│├¬boko. — Akurat b├¬dzie pe┬│nia.

— A to polowanie u Bruce'a to co to jest? — wtr┬▒ca Dean.

John pociera twarz rêkami, przez co tylko jeszcze bardziej siê brudzi.

— Nieumar┬│y — odpowiada, zerkaj┬▒c na wy┬Âwietlacz telefonu, mim ┬┐e zablokowa┬│ urz┬▒dzenie.

— Zombie? — Dean wytrzeszcza oczy i u┬Âmiecha si├¬, unosz┬▒c jeden k┬▒cik ust wy┬┐ej ni┬┐ drugi; Sam widzi, jak b┬│yszcz┬▒ mu oczy w zainteresowaniu.

— Nie b┬▒d┬╝ g┬│upi, Dean — m├│wi szorstko John. — Zombie to bezmy┬Âlne istoty z popkultury, kt├│re nie istniej┬▒. Nieumarli to prawdziwe potwory. — Znowu pociera twarz r├¬koma i wzdycha, wi├¬c zapewne jest bardzo zm├¬czony. — I pospiesz si├¬, ja te┬┐ chc├¬ wzi┬▒├Ž prysznic! — dodaje.

Sam szybko k³adzie siê do ³ó¿ka, zawija w ko³drê i nie wie, kiedy zasypia. Nawet nie s³yszy Deana wracaj±cego z ³azienki.
_________________
You mustn't be afraid to dream a little bigger, darling. (X)
Ostatnio zmieniony przez SzmaragDrac 2017-10-05, 17:46, w ca│oÂci zmieniany 1 raz  
 
 
SzmaragDrac 
7-klasista



Wiek: 22
Do│▒czy│a: 08 Mar 2015
Posty: 168
Sk▒d: mazowieckie
Wys│any: 2017-10-04, 14:28   

———


Tata wyje┬┐d┬┐a z samego rana nast├¬pnego dnia; ┬┐egna si├¬ z nimi kr├│tko, kiedy obaj jeszcze le┬┐┬▒ w swoich ┬│├│┬┐kach i ani my┬Âl┬▒ o wstawaniu.

— Za┬│atwi┬│em ju┬┐ wszystko z recepcjonistk┬▒, zostajecie w tym pokoju. Ja wr├│c├¬ w pi┬▒tek, pewnie ko┬│o po┬│udnia, b┬▒d┬╝cie ju┬┐ spakowani — m├│wi i zamyka za sob┬▒ drzwi.

Nie musi im przypomina├Ž o rozsypywaniu soli i trzymaniu srebrnych no┬┐y w zasi├¬gu r├¬ki ani o tym, by na siebie uwa┬┐ali, bo po tylu latach sami dobrze o tym wiedz┬▒. Dean wzdycha i odsuwa ko┬│dr├¬, by wsta├Ž i zamkn┬▒├Ž za tat┬▒ drzwi na klucz, ale zapl┬▒tuje si├¬ w po┬Âciel, przez co spada na ziemi├¬ z g┬│uchym ┬│omotem, kt├│remu towarzyszy pe┬│en b├│lu kr├│tki j├¬k.

— O bo┬┐e — st├¬ka, pr├│buj┬▒c wypl┬▒ta├Ž si├¬ z ko┬│dry w akompaniamencie g┬│o┬Ânego ┬Âmiechu Sama, ale tylko bardziej si├¬ denerwuje i po kilku sekundach bezowocnej szarpaniny wreszcie nieruchomieje. — Pom├│┬┐ mi, Saaaaammy — zawodzi.

Sam wstaje niech├¬tnie i zbli┬┐a si├¬ do ┬┐a┬│osnej kupki le┬┐┬▒cej na pod┬│odze, z kt├│rej odstaje prawa noga — go┬│a i uniesiona w g├│r├¬, bo wci┬▒┬┐ le┬┐┬▒ca na ┬│├│┬┐ku — po czym kilka razy poklepuje ko┬│dr├¬ w miejscu, w kt├│rym ma nadziej├¬, ┬┐e znajduje si├¬ g┬│owa Deana.

— No ju┬┐, ju┬┐, pierdo┬│o — odpowiada, zaczynaj┬▒c ci┬▒gn┬▒├Ž brzeg po┬Âcieli.

— Nie macaj mnie po ramieniu, tylko mnie wypl┬▒cz — gdera Dean i szarpie si├¬ troch├¬, tak ┬┐e poszewka wyrywa si├¬ z r┬▒k Sama i ch┬│opak musi schyli├Ž si├¬ jeszcze raz, by j┬▒ podnie┬Â├Ž.

— Celowa┬│em w g┬│ow├¬ — przyznaje Sam. — A ty przesta├▒ wierzga├Ž, bo nie b├¬d├¬ mia┬│ jak ci pom├│c.

Dean j├¬czy, ale pos┬│usznie nieruchomieje i Sam ma wreszcie szans├¬ odsun┬▒├Ž ko┬│dr├¬. Faktycznie; miejsce, kt├│re bra┬│ za g┬│ow├¬ Deana, okazuje si├¬ jego ramieniem, ale ch┬│opak ci┬▒gnie ko┬│dr├¬ dalej i po chwili g┬│owa brata tak┬┐e wy┬│ania si├¬ z po┬Âcieli. Dean si├¬ krzywi i przyk┬│ada r├¬k├¬ do czo┬│a, wi├¬c prawdopodobnie grzmotn┬▒┬│ o pod┬│og├¬, spadaj┬▒c. Kiedy odsuwa d┬│o├▒, Sam widzi niewielk┬▒ czerwon┬▒ plam├¬ na czole Deana i troch├¬ mniejsz┬▒ na jego r├¬ce. Dean tak┬┐e to dostrzega i wci┬▒ga powietrze ze ┬Âwistem, krzywi┬▒c si├¬ jeszcze bardziej.

— Apteczka pewnie zosta┬│a w impali i pojecha┬│a z tat┬▒ na polowanie, co? — pyta p┬│asko i z powrotem przyk┬│ada r├¬k├¬ do czo┬│a, ┬┐eby otrze├Ž krew. Szarpie praw┬▒ nog┬▒, ┬┐eby zdj┬▒├Ž j┬▒ z ┬│├│┬┐ka, a ta opada z g┬│uchym ┬│upni├¬ciem, co powoduje jeszcze wi├¬kszy skrzywiony grymas na twarzy Deana.

— Nie ruszaj si├¬ — poleca Sam; chwyta sw├│j r├¬cznik, kt├│ry zostawi┬│ poprzedniego wieczoru na oparciu krzes┬│a, by wysech┬│, i podaje go Deanowi. — P├│jd├¬ do recepcji i spytam, czy maj┬▒ wod├¬ utlenion┬▒ i plastry.

Wstaje i kieruje si├¬ ku drzwiom, ┬┐eby wyj┬Â├Ž z pokoju, ale w tej chwili jego wzrok pada na stolik stoj┬▒cy obok ┬│├│┬┐ka taty. U┬Âmiecha si├¬ szeroko i odwraca do Deana, kt├│ry zd┬▒┬┐y┬│ chwyci├Ž r├¬cznik czyst┬▒ d┬│oni┬▒ i mi├¬tosi materia┬│, tak jakby ba┬│ si├¬ go Samowi zabrudzi├Ž.

— Patrz — m├│wi Sam, wskazuj┬▒c palcem w kierunku stoliczka.

Dean odk┬│ada r├¬cznik obok siebie i, wci┬▒┬┐ w po┬│owie zapl┬▒tany w poszewki oraz zakrwawiony na czole i na d┬│oni, przenosi wzrok w miejsce pokazywane przez Sama. Na komodzie przy ┬│├│┬┐ku Johna stoi ich podr├¬czna apteczka, przewo┬┐ona przez nich w impali od niepami├¬tnych czas├│w, kt├│r┬▒ to apteczk├¬ Sam zawsze zaopatruje skrupulatnie, gdy co┬ zu┬┐yj┬▒, i kt├│r┬▒ sprawdza pod k┬▒tem termin├│w przydatno┬Âci wszystkich produkt├│w.

Dean chowa praw┬▒ nog├¬ pod prze┬Âcierad┬│o, tak jakby by┬│o mu zimno, ale u┬Âmiecha si├¬ szeroko i odrzuca Samowy r├¬cznik na pod┬│og├¬.

— Tata — m├│wi — jest po prostu super.

Sam unosi brew, ale zamiast cokolwiek odpowiada├Ž odwraca si├¬ ty┬│em do brata i otwiera apteczk├¬.

— Albo po prostu wie, jaka z ciebie niemota — odpowiada k┬▒┬Âliwie.

Dean j├¬czy gdzie┬ za jego plecami, jednak Sam ca┬│kowicie go ignoruje na rzecz wyjmowania wody utlenionej i plastra. Mi├¬dzy dwoma opakowaniami lek├│w przeciwb├│lowych dostrzega paczuszk├¬ gazy i bierze j┬▒ razem z reszt┬▒, po czym idzie do Deana; ten wci┬▒┬┐ siedzi na pod┬│odze ca┬│y w prze┬Âcierad┬│ach, przyciskaj┬▒c r├¬k├¬ do czo┬│a, ale patrzy na Sama wyczekuj┬▒co.

— Przemyj mi to tylko, nie b├¬d├¬ paradowa┬│ z plastrem na ┬│bie — o┬Âwiadcza, unosz┬▒c brwi, i zaczyna si├¬ gramoli├Ž na nogi.

Sam siada obok niego po turecku, k┬│adzie mu r├¬k├¬ na ramieniu, kt├│re wcze┬Âniej wzi┬▒┬│ za g┬│ow├¬ brata, i zmusza Deana, by opad┬│ z powrotem na ty┬│ek.

— Sied┬╝ — poleca kr├│tko.

Dean o dziwo s┬│ucha go bez protest├│w. Sam bierze si├¬ za przemywanie rany na czole; po kilku chwilach widzi, ┬┐e faktycznie plaster nie b├¬dzie potrzebny, bo rozci├¬cie jest niewielkie, a krew przesta┬│a ju┬┐ p┬│yn┬▒├Ž. Dean siedzi z zamkni├¬tymi oczami i krzywi si├¬ na dzia┬│anie wody utlenionej, ale nie wydaje z siebie ani jednego d┬╝wi├¬ku. Sama wcale to nie zaskakuje, ka┬┐dy z nich zd┬▒┬┐y┬│ ju┬┐ do┬Âwiadczy├Ž gorszego b├│lu na polowaniach. Przypomina sobie ci├¬┬┐kie cielsko wilko┬│aka, kt├│re run├¬┬│o na niego i ochlapa┬│o go ca┬│ego krwi┬▒, i to, jak musia┬│ potem my├Ž si├¬ w zimnym strumieniu, ukradkiem, tak by pozby├Ž si├¬ posoki, zanim dojad┬▒ do motelu. Wzdryga si├¬ mimowolnie.

— Sko├▒czy┬│em. Bez plastra, tak jak ja┬Ânie ksi┬▒┬┐├¬ sobie ┬┐yczy┬│.

Dean otwiera oczy i u┬Âmiecha si├¬ do niego, a Sam daje mu lekkiego kuksa├▒ca w rami├¬.

— Wstawaj — m├│wi, d┬╝wigaj┬▒c si├¬ na nogi i zastanawiaj┬▒c si├¬, co mogliby dzi┬ porobi├Ž.

Dean wypl┬▒tuje si├¬ z prze┬Âcierade┬│ i wreszcie si├¬ podnosi. ┬úapie te┬┐ r├¬cznik Sama i odk┬│ada go na oparcie krzes┬│a, a potem bierze sw├│j i idzie z nim do ┬│azienki.

Sam k┬│adzie si├¬ na ┬│├│┬┐ku. Wgapianie si├¬ z sufit nie jest najlepsz┬▒ rozrywk┬▒, jak┬▒ mo┬┐e sobie wyobrazi├Ž, ale w tej chwili nie ma nic innego do roboty. Kiedy Dean si├¬ umyje, mo┬┐e obejrz┬▒ co┬ razem w telewizji albo p├│jd┬▒ gdzie┬ na spacer. Mo┬┐e jeszcze raz do biblioteki. Zastanawia si├¬, czy Dean w og├│le b├¬dzie chcia┬│ tam i┬Â├Ž, maj┬▒c na uwadze to, ┬┐e mo┬┐e spotka├Ž Michaela. Zerka na szafk├¬ nocn┬▒ Deana, gdzie le┬┐┬▒ dwie ksi┬▒┬┐ki wypo┬┐yczone w miejscowej czytelni, i przypomina sobie, ┬┐e „Rze┬╝nia numer pi├¬├Ž” pojecha┬│a z tat┬▒ na polowanie, le┬┐┬▒c w schowku obok kierownicy, wi├¬c Deanowi nie zosta┬│o zbyt wiele do czytania. Mo┬┐e to b├¬dzie wystarczaj┬▒cy argument, by wyj┬Â├Ž z pokoju i przej┬Â├Ž si├¬ cho├Žby do biblioteki.

S³yszy otwieraj±ce siê drzwi i stopy Deana cz³api±ce po pod³odze, wiêc wstaje niechêtnie i idzie do ³azienki, po drodze schylaj±c siê po rêcznik, który Dean zostawi³ na ziemi.

— Ze┬┐ar┬│bym konia z kopytami — m├│wi Dean, opadaj┬▒c przodem na swoje pos┬│anie z pomrukiem wyra┬┐aj┬▒cym zadowolenie.

Sam si├¬ odwraca; Dean rozk┬│ada wszystkie ko├▒czyny na cztery strony ┬Âwiata i mo┬Âci si├¬ wygodniej, tak ┬┐eby ┬┐adne zagniecenie nie uwiera┬│o go w brzuch. Przekr├¬ca g┬│ow├¬ w stron├¬ Sama, szczerz┬▒c si├¬ szeroko.

— Jak wracali┬Âmy z biblioteki, widzia┬│em fajn┬▒ knajpk├¬, mo┬┐emy si├¬ tam przej┬Â├Ž na ┬Âniadanie — odpowiada Sam i znika w ┬│azience, posy┬│aj┬▒c Deanowi ostatnie spojrzenie; ch┬│opak le┬┐y nieruchomo, wi├¬c najwidoczniej znalaz┬│ wreszcie wygodn┬▒ pozycj├¬.

Kiedy wraca, Dean wci┬▒┬┐ le┬┐y na ┬│├│┬┐ku, ma zamkni├¬te oczy i oddycha r├│wno, ale Sam wie, ┬┐e brat nie ┬Âpi. ┬úaskocze go w stop├¬, by da├Ž zna├Ž, ┬┐e ju┬┐ jest gotowy.

— Idziemy? — pyta Sam.

— Mmm — mruczy Dean. — Fantastycznie. A jak wr├│cimy, to p├│jd├¬ spa├Ž.

Sam przewraca oczami i szturcha brata w biodro, by si├¬ ruszy┬│. Dean j├¬czy, ale chyba g┬│├│d wygrywa z lenistwem, bo podnosi si├¬ i zaczyna szuka├Ž jakich┬ ubra├▒ w swojej torbie. Sam wk┬│ada pierwsze lepsze d┬┐insy i T-shirt; na ramiona zarzuca koszul├¬ w krat├¬ i kiedy trudzi si├¬ z zapinaniem guzik├│w, Dean klepie go po ramieniu i macha mu portfelem przed nosem, zapewne chc┬▒c doprowadzi├Ž Sama do chwilowego oczopl┬▒su.

— Nie zapinaj si├¬ do ko├▒ca, i tak jest gor┬▒co jak w piekle — m├│wi. — Albo w og├│le we┬╝ to zdejmij, przecie┬┐ musimy si├¬ przej┬Â├Ž niez┬│y kawa┬│ek, tylko si├¬ spocisz.

Sam kiwa g┬│ow┬▒, patrz┬▒c na brata ubranego w zwyk┬│e d┬┐insy oraz cienk┬▒ koszulk├¬, i rozpina te trzy guzki, z kt├│rymi zd┬▒┬┐y┬│ si├¬ upora├Ž, a potem rzuca ubranie na ┬│├│┬┐ko i wychodzi za Deanem z pokoju. Zamykaj┬▒ drzwi na klucz i ruszaj┬▒.

Na zewn┬▒trz faktycznie panuje gor┬▒c, nawet mimo tego, ┬┐e wci┬▒┬┐ jest dosy├Ž wcze┬Ânie. Sam zerka na zegarek; za pi├¬├Ž dziewi┬▒ta. Id┬▒ obok siebie niespiesznym krokiem, czasem tr┬▒caj┬▒ si├¬ ramionami, a┬┐ w ko├▒cu Sam odsuwa si├¬ o p├│┬│ metra od Deana. Brat zerka na niego, ale nic nie m├│wi, tylko kr├¬ci kluczami na palcu wskazuj┬▒cym kilka razy i dopiero potem chowa je do kieszeni, gdzie znajduje si├¬ portfel z pieni├¬dzmi, kt├│re John zostawi┬│ im na te trzy dni. Sam oddycha g┬│├¬boko i rozgl┬▒da si├¬ ciekawie po okolicy; wcze┬Âniej, kiedy mkn├¬li impal┬▒, nie mia┬│ szansy przyjrze├Ž si├¬ budynkom i ca┬│emu miasteczku.

— Tata zaszala┬│ — odzywa si├¬ w pewnym momencie Dean. — Zostawi┬│ nam dwie┬Âcie dolar├│w, wi├¬c na dzie├▒ wychodzi po ponad trzydzie┬Âci na g┬│ow├¬.

Sam zerka na niego; Dean u┬Âmiecha si├¬ do Sama i klepie si├¬ po kieszeni, gdzie trzyma portfel.

— To s┬▒ pieni┬▒dze z tego kasyna w Teksasie? — pyta.

Dean wzrusza ramionami.

— Nie wiem, chyba tak, bo niby sk┬▒d. Szkoda, ┬┐e nie zostali┬Âmy tam na d┬│u┬┐ej, z twoim talentem do pokera[3] i z brakiem talentu tamtejszych ba┬│wan├│w mogli┬Âmy zarobi├Ž jeszcze wi├¬cej. — Prycha, zadowolony.

Sam u┬Âmiecha si├¬ lekko i odwraca wzrok od Deana. Przypomina sobie te wszystkie rozmowy w szkole z kolegami i kole┬┐ankami, kiedy musia┬│ k┬│ama├Ž o tym, kim jest ich tata z zawodu. Zazwyczaj twierdzi┬│, ┬┐e mechanikiem, i po jakim┬ czasie k┬│amanie przychodzi┬│o mu ju┬┐ o wiele ┬│atwiej, tak jak ┬│atwo by┬│o mu oszukiwa├Ž w pokera i kontrolowa├Ž emocje w trakcie gry, ale ca┬│y czas mia┬│ ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e to nie powinno tak wygl┬▒da├Ž. ┬»e ich ┬╝r├│d┬│em utrzymania nie powinny by├Ž gra w pokera i drobne kradzie┬┐e.

— Jeszcze przecie┬┐ kiedy┬ zagram — m├│wi jednak i posy┬│a Deanowi kolejny u┬Âmiech, maj┬▒cy go uspokoi├Ž.

Dean kiwa g³ow± i szturcha Sama w ramiê.

— No wi├¬c co b├¬dziesz jad┬│, Wielka Stopo? Sa┬│atk├¬? Owocki? A mo┬┐e wch┬│oniesz od┬┐ywcz┬▒ energi├¬ s┬│o├▒ca i wszech┬Âwiata?

— Zamknij si├¬, Dean — ┬Âmieje si├¬ Sam. — Ja przynajmniej nie umr├¬ na zawa┬│ w wieku czterdziestu lat jak ty od tych swoich burger├│w z podw├│jnym serem!

— I z dodatkow┬▒ cebulk┬▒ — odpowiada Dean — nie zapominaj o dodatkowej cebulce. — U┬Âmiecha si├¬ b┬│ogo i wybucha ┬Âmiechem, widz┬▒c min├¬ Sama.

Do knajpki docieraj┬▒ w ca┬│kiem dobrych humorach, u┬Âmiechni├¬ci i g┬│odni jak wilki. Sam, wbrew zgadywaniom Deana, zamawia burgera z frytkami i ignoruje uniesion┬▒ brew brata. To on zarobi┬│ na to jedzenie, wi├¬c mo┬┐e wzi┬▒├Ž, co tylko chce.

Kiedy po ┬Âniadaniu wracaj┬▒ do motelu i kiedy Dean z j├¬kiem uwala si├¬ na ┬│├│┬┐ko, by uci┬▒├Ž sobie drzemk├¬, tak jak to zapowiedzia┬│, Sam rozmy┬Âla o tej chwilowej wolno┬Âci, kt├│ra im si├¬ dosta┬│a. Przez ca┬│e trzy dni mog┬▒ robi├Ž to, na co maj┬▒ ochot├¬, i nie musz┬▒ przejmowa├Ž si├¬ polowaniami, czyszczeniem broni i ostrzeniem srebrnych no┬┐y. Nie mia┬│by nic przeciwko, gdyby ta sytuacja potrwa┬│a troch├¬ d┬│u┬┐ej.

Dean mamrocze co┬ pod nosem o tym, by Sam zas┬│oni┬│ okno, bo jest za jasno, wi├¬c Sam wstaje i spe┬│nia pro┬Âb├¬ brata. Wraca na swoje pos┬│anie i k┬│adzie si├¬ na boku, tak by widzie├Ž Deana, i zaczyna zastanawia├Ž si├¬, czy kiedykolwiek wyrw┬▒ si├¬ z tego ┬┐ycia i czy zostawi┬▒ polowania za sob┬▒. Wyobra┬┐a sobie ich trzech mieszkaj┬▒cych w normalnym domu, mo┬┐e gdzie┬ w Kansas albo nawet w Kolorado, ale wie, ┬┐e to marzenia ┬Âci├¬tej g┬│owy.
_________________
You mustn't be afraid to dream a little bigger, darling. (X)
Ostatnio zmieniony przez SzmaragDrac 2017-10-05, 17:48, w ca│oÂci zmieniany 1 raz  
 
 
SzmaragDrac 
7-klasista



Wiek: 22
Do│▒czy│a: 08 Mar 2015
Posty: 168
Sk▒d: mazowieckie
Wys│any: 2017-10-05, 17:41   

———


W ci┬▒gu dnia siedz┬▒ w pokoju motelowym, czytaj┬▒c ksi┬▒┬┐ki, ogl┬▒daj┬▒c telewizj├¬ i graj┬▒c w jakie┬ gry, do kt├│rych potrzeba tylko d┬│ugopisu i kawa┬│ka papieru — statki, pa├▒stwa-miasta, dwadzie┬Âcia pyta├▒, ale decyduj┬▒, ┬┐e wieczorem p├│jd┬▒ do baru, skoro maj┬▒ okazj├¬. Dean umia┬│ udawa├Ž dwudziestojednolatka[4] ju┬┐ jakie┬ dwa lata przed tym, kiedy faktycznie osi┬▒gn┬▒┬│ ten wiek, wi├¬c Sam, dorastaj┬▒c tak blisko niego, tak┬┐e nauczy┬│ si├¬ tej sztuczki. Zastanawia si├¬, co powiedzieliby jego r├│wie┬Ânicy, gdyby o tym wiedzieli. Prawdopodobnie zazdro┬Âciliby mu tej iluzji wolno┬Âci, nie maj┬▒c poj├¬cia, jak bardzo Sam zazdro┬Âci im tego, ┬┐e zawsze s┬▒ sob┬▒ i nie musz┬▒ umie├Ž dobrze k┬│ama├Ž.

Sam wozi ze sob┬▒ swoj┬▒ w┬│asn┬▒ tali├¬ kart; nie s┬▒ one oznaczone ani w jakikolwiek inny spos├│b sfa┬│szowane, to najzwyklejsze w ┬Âwiecie karty, kt├│rymi ka┬┐dy mo┬┐e gra├Ž, ale Sam lubi mie├Ž je na w┬│asno┬Â├Ž. Pr├│buje przekona├Ž Deana do zagrania w pokera. Ten zbywa go za ka┬┐dym razem, gdy brat proponuje partyjk├¬, i nawet wyzywaj┬▒ce s┬│owa Sama o tym, ┬┐e Dean zwyczajnie tch├│rzy, nie przynosz┬▒ po┬┐┬▒danego efektu. Sam zdaje sobie spraw├¬, ┬┐e wizja sromotnej kl├¬ski nie dzia┬│a na Deana zbyt zach├¬caj┬▒co, wi├¬c po jakim┬ czasie przestaje go namawia├Ž i porywa z jego szafki nocnej obie ksi┬▒┬┐ki. Szybko odrzuca „W drodze”, bo t├¬ powie┬Â├Ž ju┬┐ czyta┬│, i zag┬│├¬bia si├¬ w jakim┬ norweskim krwawym kryminale, po┬│o┬┐ywszy si├¬ na brzuchu na swoim ┬│├│┬┐ku. Dean zerka na niego, ale nic nie m├│wi, tylko bierze „W drodze”, otwiera je w miejscu, kt├│re wcze┬Âniej zaznaczy┬│ upapranym biletem do weso┬│ego miasteczka, i tak┬┐e zaczyna czyta├Ž.

Pierwszy wiecz├│r, tak jak to sobie zaplanowali, sp├¬dzaj┬▒ w barze. Dean pr├│buje poderwa├Ž jak┬▒┬ blondynk├¬, a Sam trzyma si├¬ na tyle daleko, by „nie przynosi├Ž bratu wstydu”, ale te┬┐ na tyle blisko, by widzie├Ž, jak Dean po kilku minutach rozmowy zaczyna pr├│bowa├Ž si├¬ wycofywa├Ž. Dziewczyna m├│wi bardzo szybko, zalewa Deana potokiem bezsensownej paplaniny i macha r├¬kami, tak ┬┐e non stop uderza Deana. Ten w ko├▒cu wymyka si├¬ pod pretekstem skorzystania z ┬│azienki i rzuca Samowi znacz┬▒ce spojrzenie, gdy go mija. Sam dopija swojego drinka, p┬│aci i kieruje si├¬ ku wyj┬Âciu, gdzie, jak dobrze wie, czeka ju┬┐ na niego Dean. Kiedy wychodzi i dostrzega brata stoj┬▒cego w cieniu pod drzewem, parska pod nosem i podchodzi do niego z r├¬kami w kieszeniach i z u┬Âmieszkiem maj┬▒cym na celu zadrwienie z Deana. Szturcha go ramieniem, ale Dean tylko kr├¬ci g┬│ow┬▒ i obaj, rami├¬ w rami├¬, id┬▒ spacerem do motelu. Wracaj┬▒ oko┬│o pierwszej nad ranem, wi├¬c budz┬▒ si├¬ na tyle p├│┬╝no, ┬┐e nie zd┬▒┬┐aj┬▒ na ofert├¬ ┬Âniadaniow┬▒ w ich knajpce i musz┬▒ zadowoli├Ž si├¬ czym┬ z menu podstawowego, a potem zgodnie stwierdzaj┬▒, ┬┐e kolejnej nocy nie sp├¬dz┬▒ w barze. Tata ma wr├│ci├Ž mniej wi├¬cej w po┬│udnie i by┬│oby dobrze, gdyby wtedy nie spali jak sus┬│y.

W czwartkowy wiecz├│r wybieraj┬▒ si├¬ jednak na kr├│tki spacer po okolicy; kupuj┬▒ tacos i w├¬druj┬▒ w milczeniu w┬Âr├│d zapadaj┬▒cych ciemno┬Âci naprawd├¬ d┬│ugo, tak ┬┐e docieraj┬▒ nawet do biblioteki. Kartka na drzwiach informuje ich, ┬┐e budynek jest ju┬┐ zamkni├¬ty, co nie jest takie dziwne, bior┬▒c pod uwag├¬ godzin├¬ — dwudziesta druga pi├¬├Ž. Zawracaj┬▒, nie chc┬▒c zostawa├Ž na zewn┬▒trz w nocy zbyt d┬│ugo; maj┬▒ ze sob┬▒ bro├▒, s├│l i wod├¬ ┬Âwi├¬con┬▒, ale doskonale zdaj┬▒ sobie spraw├¬ z tego, ┬┐e nie wszystkie potwory da si├¬ tym zabi├Ž albo chocia┬┐ unieszkodliwi├Ž.

K┬│ad┬▒ si├¬ do ┬│├│┬┐ek i zasypiaj┬▒ nied┬│ugo p├│┬╝niej; budz┬▒ si├¬ oko┬│o dziewi┬▒tej, wi├¬c maj┬▒ czas na ┬Âniadanie i na spakowanie toreb. Sam niech├¬tnie sk┬│ada ubrania i r├¬cznik, kt├│ry powiesi┬│ na krze┬Âle, by wysech┬│, i obserwuje Deana, kiedy ten zbiera bro├▒ i schyla si├¬ pod ┬│├│┬┐ko, by wyci┬▒gn┬▒├Ž spod niego zwini├¬t┬▒ w kulk├¬ bluz├¬. Unosi brwi w zdziwieniu, a Sam prycha pod nosem.

— Wepcha┬│e┬ j┬▒ pod ┬│├│┬┐ko, a potem mnie oskar┬┐asz, ┬┐e ci j┬▒ ukrad┬│em? — pyta, przypominaj┬▒c sobie ich drobn┬▒ sprzeczk├¬, kt├│r┬▒ mieli przed wyj┬Âciem do baru.

— No dobra, widocznie mi upad┬│a... Ju┬┐ si├¬ tak nie denerwuj, bo ci ┬┐y┬│ka p├¬knie — odpowiada Dean, szczerz┬▒c si├¬, i upycha bluz├¬ w torbie.

Sam przewraca oczami, ale nie komentuje.

— Poza tym — odzywa si├¬ nagle Dean — sk┬▒d mog┬│em wiedzie├Ž, ┬┐e mi├¬dzy ┬│├│┬┐kiem a ┬Âcian┬▒ jest przerwa i ┬┐e tam mi co┬ wpadnie? Cztery dni tu raptem jeste┬Âmy i nie sp├¬dzamy ich na radosnym dekorowaniu wn├¬trz.

Dean rzuca Samowi spojrzenie na wpó³ pytaj±ce, na wpó³ rozbawione, ale Sam go nie odwzajemnia. Zasuwa torbê i zak³adzie j± na pod³odze, a sam siada na ³ó¿ku, które przez te kilka dni by³o jego, i bierze g³êboki wdech.

— Ale mogliby┬Âmy tak robi├Ž.

Dean, sk┬│adaj┬▒c sw├│j r├¬cznik, parska ┬Âmiechem.

— No nie wiem, czy recepcjonistka by si├¬ ucieszy┬│a, gdyby┬ jej tu jakie┬ kwiatki i serduszka zacz┬▒┬│ na ┬Âcianach malowa├Ž.

— Nie o to mi chodzi — odpowiada Sam, zaciskaj┬▒c d┬│onie w pi├¬┬Âci; zaczyna si├¬ denerwowa├Ž, bo nigdy nie planowa┬│ przeprowadza├Ž tej rozmowy na serio, a ju┬┐ zw┬│aszcza nie tak nagle, bez przygotowania, ale skoro ju┬┐ i tak zacz┬▒┬│... — Mogliby┬Âmy mie├Ž dom. We trzech.

Dean nieruchomieje na sekundê. Przenosi wzrok na Sama i puszcza rêcznik, a ten siê rozwala i ca³a robota Deana idzie na marne.

— Sammy — zaczyna powa┬┐nie Dean. — ┬úowcy nie mieszkaj┬▒ w jednym miejscu.

Sam zauwa┬┐a, ┬┐e Dean unika s┬│owa „dom”; wie, ┬┐e zdanie „┬úowcy nie maj┬▒ dom├│w” by┬│oby zbyt okrutne i ┬┐e nawet Dean nie jest w stanie go wypowiedzie├Ž. Maj┬▒ dom. Impal├¬. Siebie nawzajem. To jest dom. Ale nie do ko├▒ca taki, jaki Sam chcia┬│by mie├Ž.

— Wujek Bobby mieszka — wypala Sam.

Dean marszczy brwi, przysiadaj┬▒c na swoim ┬│├│┬┐ku, i pociera d┬│oni┬▒ czo┬│o, a potem rzuca Samowi spojrzenie z ukosa.

— Kiedy by┬│ m┬│odszy, te┬┐ je┬╝dzi┬│ po ca┬│ych Stanach tak jak my — m├│wi. — A teraz jest... jakby konsultantem ┬│owc├│w. Sam wiesz, ┬┐e czasami tata dzwoni do niego, a on udaje szefa FBI. Poza tym udziela rad m┬│odym ┬│owcom i nadal zajmuje si├¬ walk┬▒ z potworami.

— Ale ma dom — naciska Sam.

— To nie jest dom, to jest jaka┬ chatka, w dodatku ca┬│a wymalowana w pu┬│apki na demony i posolona w ka┬┐dym k┬▒cie! — zaprzecza ostro Dean. Bierze g┬│├¬boki oddech, jakby chcia┬│ si├¬ uspokoi├Ž. — S┬│uchaj. Wiem, ┬┐e te cztery miesi┬▒ce w Kansas...

— To w og├│le nie ma z tym zwi┬▒zku — przerywa mu Sam, ale wie, ┬┐e to nie do ko├▒ca prawda. Te bycia ┬│owc┬▒ i zacz├¬cia ┬┐ycia od nowa, p├│ki nie jest za p├│┬╝no, ale ju┬┐ wcze┬Âniej miewa┬│ takie my┬Âli. Kansas tylko i a┬┐ pozwoli┬│o mu je w jakim┬ stopniu zwizualizowa├Ž. — Nie chcia┬│by┬ mie├Ž domu? — kontynuuje. — Nie chcia┬│by┬ zapisa├Ž si├¬ normalnie do biblioteki zamiast kra┬Â├Ž ksi┬▒┬┐ki? Tata...

— Tata! — wcina si├¬ Dean, wstaj┬▒c gwa┬│townie z ┬│├│┬┐ka. — My┬Âlisz, ┬┐e tata porzuci┬│by poszukiwania tego demona, kt├│ry zabi┬│ mam├¬? Nigdy w ┬┐yciu! Jest tak wkr├¬cony w ┬│owiectwo, ┬┐e nigdy z tego nie zrezygnuje. — Przeczesuje w┬│osy r├¬kami i odwraca si├¬ od Sama. — I ja te┬┐ nie.

Sam w u┬│amku sekundy przypomina sobie wszystkie rozwa┬┐ania o tym, dlaczego wola┬│by uciec, maj┬▒c pewno┬Â├Ž, ┬┐e da sobie rad├¬, ni┬┐ pr├│bowa├Ž przekona├Ž tat├¬ i brata do swojego zdania. Ca┬│y czas mia┬│ ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e przekonanie Deana nie wchodzi w gr├¬, ┬┐e nigdy by mu si├¬ nie uda┬│o, ale dopiero ta jawna, otwarta deklaracja ze strony Deana dusi ten niewielki cie├▒ nadziei, kt├│ry Sam wci┬▒┬┐ mia┬│, i uderza go to o wiele bardziej, ni┬┐ si├¬ spodziewa┬│.

— Ja nie chc├¬ by├Ž ┬│owc┬▒ — m├│wi Sam; jego g┬│os jest cichy.

Dean obraca siê przodem do brata i otwiera usta, ale nic nie mówi. Patrz± siê tylko tak na siebie przez parê sekund, a potem Dean wraca do pakowania, wci±¿ w milczeniu.

Kiedy co┬ zaczyna chrobota├Ž w drzwiach, obaj przenosz┬▒ na nie wzrok w mgnieniu oka; Sam si├¬ga po pistolet, kt├│ry wci┬▒┬┐ le┬┐y pod jego poduszk┬▒, a Dean si├¬ga do torby po flakon z wod┬▒ ┬Âwi├¬con┬▒. Rozmowa sprzed kilku chwil prawie ca┬│kowicie wyparowuje z ich pami├¬ci, gdy przygotowuj┬▒ si├¬ do obrony albo ataku. Na pewno nie jest to nikt z obs┬│ugi hotelowej, bo oni zawsze anonsuj┬▒ przybycie, wi├¬c zostaje tylko jedna opcja: potw├│r. Sam unosi bro├▒, trzymaj┬▒c palec na spu┬Âcie, Dean odkr├¬ca butelk├¬. Ka┬┐dy z nich k┬▒tem oka upewnia si├¬, ┬┐e rozsypana s├│l wci┬▒┬┐ le┬┐y tam, gdzie powinna.

Drzwi siê otwieraj± i staje w nich John. Napiêcie natychmiast opada.

— Bo┬┐e, ale nas tata wystraszy┬│ — m├│wi Dean, wzdychaj┬▒c, i chowa naczynie z wod┬▒ ┬Âwi├¬con┬▒ z powrotem do torby, a Sam opuszcza pistolet, czuj┬▒c nag┬│y nap┬│yw ulgi. To nie potw├│r. W zamieszaniu zwi┬▒zanym z pakowaniem i niezr├¬czn┬▒ rozmow┬▒ nie przysz┬│o im do g┬│owy, ┬┐e przecie┬┐ czekaj┬▒ na powr├│t taty.

John obserwuje ich przez chwil├¬ z nik┬│ym cieniem u┬Âmiechu, a potem rozgl┬▒da si├¬ po pokoju. Powoli wci┬▒ga powietrze; jego nozdrza si├¬ rozszerzaj┬▒, a on sam niemal przymyka oczy. Dopiero po sekundzie podchodzi do ┬│├│┬┐ka, kt├│re zajmowa┬│ wcze┬Âniej, i zrzuca torb├¬ z ramienia. Baga┬┐ l┬▒duje na pod┬│odze z g┬│uchym ┬│omotem.

— Zostaniemy tu jeszcze na jedn┬▒ noc — odzywa si├¬, nie patrz┬▒c na nich. — Jestem zm├¬czony.

— Mieli┬Âmy jecha├Ž do Kalifornii. — Sam marszczy brwi, zerkaj┬▒c na Deana; ten tak┬┐e wydaje si├¬ zdziwiony. — M├│wi┬│ tata, ┬┐e um├│wi┬│ si├¬ z innymi ┬│owcami na polowanie na wilko┬│aki, bo akurat b├¬dzie pe┬│nia. Jeste┬Âmy ju┬┐ spakowani.

John unosi brwi i przez chwil├¬ tylko patrzy na nich obu w milczeniu, przeskakuj┬▒c oczami od Deana do Sama i z powrotem, ale potem potakuje kr├│tko i siada na ┬│├│┬┐ku. Mebel trzeszczy pod ci├¬┬┐arem ojca; John stop┬▒ odsuwa torb├¬, kt├│ra le┬┐y zbyt blisko jego n├│g, by m├│g┬│ siedzie├Ž wygodnie.

— Prawda — potwierdza spokojnie. — Ale dzwonili, ┬┐e jednak poradz┬▒ sobie sami.

Samowi przychodzi do g┬│owy, ┬┐e polowanie na nieumar┬│ych musia┬│o tat├¬ bardzo wyczerpa├Ž, bo przez te wszystkie lata rzadko kiedy pozwala┬│ sobie na odpoczynek i zawsze spycha┬│ na bok zm├¬czenie, twierdz┬▒c, ┬┐e ma si┬│├¬ na „jeszcze jedno polowanie, to ma┬│a sprawa, jedziemy, ch┬│opaki!”. Ale pewnie nawet i on ma swoje granice.

— Nie prze┬│adowuje tata broni? — pyta nagle Dean. Sam s┬│yszy, ┬┐e jego g┬│os jest spokojny i opanowany, ale jest w stanie wyczu├Ž w nim pewn┬▒ nerwowo┬Â├Ž.

John, kt├│ry zd┬▒┬┐y┬│ ju┬┐ po┬│o┬┐y├Ž si├¬ na ┬│├│┬┐ku, zdj┬▒wszy buty, patrzy na niego szeroko rozwartymi oczami.

— Ca┬│y czas nam tata powtarza, ┬┐e trzeba prze┬│adowywa├Ž j┬▒ jak najszybciej, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mo┬┐e si├¬ zn├│w przyda├Ž — kontynuuje, wci┬▒┬┐ z ledwie wyczuwalnym napi├¬ciem; inni ludzie na pewno by go nie wychwycili, ale Sam, jako ┬│owca i jako brat Deana z osiemnastoletnim sta┬┐em, jest w stanie je wyczu├Ž. — Gdyby┬Âmy my z Samem o tym zapomnieli i gdyby zamiast taty rzeczywi┬Âcie do pokoju w┬│amywa┬│ si├¬ jaki┬ potw├│r, to nie wiem, jak by si├¬ to sko├▒czy┬│o.

Zerka na pistolet Sama, kt├│ry ten od┬│o┬┐y┬│ z powrotem pod poduszk├¬; nigdy nie trzymaj┬▒ broni na wierzchu, w razie gdyby kto┬ niespodziewanie wszed┬│ do pokoju, a je┬Âli j┬▒ czyszcz┬▒ albo prze┬│adowuj┬▒, to zawsze wywieszaj┬▒ na klamce plakietk├¬ informuj┬▒c┬▒ o tym, by im nie przeszkadza├Ž. Robi┬▒ to od lat i im obu wesz┬│o to w krew tak bardzo, ┬┐e wszystkie te czynno┬Âci wykonuj┬▒ niemal pod┬Âwiadomie, odruchowo, wi├¬c zawsze te┬┐ wiedz┬▒, gdzie kierowa├Ž r├¬k├¬, by znale┬╝├Ž pistolet.

— Bardzo dobrze, Dean! — odzywa si├¬ John z u┬Âmiechem i poprawia ja┬Âka pod g┬│ow┬▒, wpatruj┬▒c si├¬ w starszego syna. — Refleks ┬│owcy na miejscu. Zajmij si├¬ tym teraz. I pami├¬taj o wywieszeniu tej kartki, ┬┐eby nikt tu nie wszed┬│.

Dean wypuszcza powietrze nosem i potakuje.

— To by┬│ test? — upewnia si├¬.

John pomrukuje co┬ potwierdzaj┬▒co i mo┬Âci si├¬ wygodniej. Dean si├¬ga wi├¬c po torb├¬ Johna, a Sam wywiesza plakietk├¬ i obaj bior┬▒ si├¬ za prze┬│adowywanie oraz czyszczenie broni. Dean zerka na ojca, kt├│ry zdaje si├¬ spa├Ž; le┬┐y nieruchomo z zamkni├¬tymi oczami i tylko raz poprawia poduszk├¬.

— Tato? — m├│wi Dean, kiedy ko├▒cz┬▒ z pistoletami. — ┬Žpisz?

John nie odpowiada, wi├¬c Sam wstaje i ┬│apie go za r├¬k├¬, by nim potrz┬▒sn┬▒├Ž. Ch┬│├│d sk├│ry ojca sprawia, ┬┐e ca┬│y si├¬ wzdryga i b┬│yskawicznie cofa d┬│o├▒.

— Sko├▒czy┬│e┬ czyta├Ž swoje ksi┬▒┬┐ki? — pyta cicho, spogl┬▒daj┬▒c na Deana.

— Tak. — G┬│os Deana jest r├│wnie cichy; ch┬│opak patrzy na d┬│o├▒ Sama, t├¬ sam┬▒, kt├│r┬▒ Sam dotkn┬▒┬│ taty i cofn┬▒┬│ w po┬Âpiechu, i marszczy czo┬│o, ale nic innego nie m├│wi.

Sam kiwa g┬│ow┬▒.

— To chod┬╝, pojedziemy do biblioteki. Napiszemy tacie kartk├¬, ┬┐e wychodzimy i ┬┐e bierzemy impal├¬.

Dean patrzy na niego przez sekund├¬, jakby bi┬│ si├¬ z my┬Âlami, ale Sam wie, ┬┐e nie chodzi o spotkanie Michaela czy inne bzdury. Instynkt ┬│owcy, kszta┬│towany przez ca┬│e lata, podpowiadaj┬▒ im, ┬┐e co┬ jest nie tak, nawet je┬Âli ┬┐aden z nich nie chce przyzna├Ž tego na g┬│os.

Klatka piersiowa Johna unosi si├¬ r├│wnomiernie, kiedy Sam na niego spogl┬▒da. Nie podejrzewa go o to, by udawa┬│ sen, bo tata umie zasypia├Ž bardzo szybko — je┬Âli jeste┬ ┬│owc┬▒, doceniasz ka┬┐d┬▒ woln┬▒ chwil├¬ — zw┬│aszcza ┬┐e by┬│ taki zm├¬czony, ale nawet je┬Âli naprawd├¬ ┬Âpi, to i tak mo┬┐e zerwa├Ž si├¬ w ka┬┐dej chwili, tak jak robi┬│ to wiele razy, gdy noc┬▒ dzia┬│o si├¬ co┬ podejrzanego.

Dean pod┬▒┬┐a wzrokiem za spojrzeniem Sama i przez kilka uderze├▒ serca tak┬┐e patrzy na tat├¬, a┬┐ w ko├▒cu kiwa g┬│ow┬▒. Zbli┬┐a si├¬ do ojca i ostro┬┐nie zaczyna wygrzebywa├Ž mu z kieszeni klucze do samochodu. Sam zaciska szcz├¬k├¬, wstrzymuj┬▒c oddech i boj┬▒c si├¬, ┬┐e obudz┬▒ ojca, ale nawet gdyby, to przecie┬┐ nie robi┬▒ nic z┬│ego. Zerka na Deana, ale ten nie wydaje si├¬ wyczuwa├Ž zimna sk├│ry Johna, wi├¬c by├Ž mo┬┐e Sam tylko to sobie wm├│wi┬│. By├Ž mo┬┐e jego instynkty s┬▒ wyostrzone za bardzo.

Ze stolika bierze kartk├¬, na kt├│rej gra┬│ wcze┬Âniej z Deanem w statki, i na odwrocie zapisuje szybko kilka s┬│├│w o tym, ┬┐e bior┬▒ samoch├│d, bo chc┬▒ jecha├Ž do biblioteki, i ┬┐e wr├│c┬▒ za jak┬▒┬ godzin├¬. Robili tak nie raz i nie dwa. Nie ma powodu do strachu — czy raczej: to nie to jest powodem do strachu. Gdzie┬ w tyle g┬│owy ci┬▒gle ma jakie┬ przeczucie, ┬┐e tata zachowuje si├¬ dziwnie.

Wychodz┬▒. Milcz┬▒ przez ca┬│┬▒ drog├¬; Dean rzuca Samowi kr├│tkie, ostre spojrzenia, kiedy prowadzi impal├¬ szybko, ale ostro┬┐nie, a Sam pr├│buje sobie wszystko u┬│o┬┐y├Ž w g┬│owie.

Zatrzymuj± siê pod wypo¿yczalni±, ale ¿aden z nich nie wychodzi z samochodu. Siedz± w ciszy przez kilka chwil.

— Tata nie robi┬│ nam takich test├│w od lat — odzywa si├¬ wreszcie Dean; jego g┬│os jest ci├¬┬┐ki, przyduszony. — Wie, ┬┐e nie musi. Nigdy nie zapominamy o prze┬│adowaniu broni.

— Ma zimn┬▒ sk├│r├¬ — m├│wi Sam, zaskakuj┬▒c tym nawet siebie.

Dean rzuca mu szybkie spojrzenie, w którym odbija siê to samo zaskoczenie, które czuje Sam.

— Lodowat┬▒ — dodaje, patrz┬▒c na Deana; przeskakuje wzrokiem z jego jednego oka na drugie, jakby szuka┬│ tam zapewnienia, ┬┐e to nic, mo┬┐e tata po prostu wystawi┬│ r├¬k├¬ przez okno, gdy kierowa┬│, albo my┬│ r├¬ce w zimnej wodzie.

— Shapeshifter[5]? — pyta jednak Dean i prze┬│yka ┬Âlin├¬. — Zaci┬▒gn┬▒┬│ gdzie┬ tat├¬ i teraz go udaje?

Sama zalewa fala dreszczy. Mo┬┐liwe, ┬┐e ich przypuszczenia s┬▒ b┬│├¬dne i ┬┐e tata jest po prostu zm├¬czony oraz wyzi├¬biony po polowaniu, ale je┬Âli jest jaka┬ cecha ┬│owcy, kt├│r┬▒ Sam naprawd├¬ w sobie lubi, to jest to prawie maniakalne upewnianie si├¬ we wszystkim. W szkole zawsze ponownie sprawdza┬│ wszystkie testy i sprawdziany, czy na pewno wszystko dobrze zrobi┬│ i czy poprawnie przeni├│s┬│ odpowiedzi na drug┬▒ kart├¬, i dzi├¬ki temu kilka razy wychwyci┬│ drobne b┬│├¬dy; wiedzia┬│ te┬┐, ┬┐e Dean zawsze przebiega wzrokiem po tym, co napisa┬│, nawet je┬Âli nie zale┬┐a┬│o mu na najwy┬┐szych ocenach. Sprawdzali, czy kasjer dobrze wyda┬│ im reszt├¬, i zawsze przed polowaniem si├¬gali r├¬k┬▒ do torby, by wymaca├Ž pistolety, worki z sol┬▒ i butelki z wod┬▒ ┬Âwi├¬con┬▒. Je┬┐eli nie mieli stuprocentowej pewno┬Âci, to d┬▒┬┐yli do tego, by j┬▒ mie├Ž.

— Nigdy wcze┬Âniej nie walczyli┬Âmy z shapeshifterem — m├│wi Sam, wpatruj┬▒c si├¬ w brata. — Musimy zadzwoni├Ž do wujka Bobby'ego.

Dean bierze dr┬┐┬▒cy oddech.

— Wzi┬▒┬│e┬ kom├│rk├¬? — pyta.

Sam kiwa g┬│ow┬▒.

— Wejdziemy do ┬Ârodka — kontynuuje Dean. — P├│jdziemy do tego archiwum, tam zamkniemy drzwi i wtedy pogadamy z Bobbym. Tutaj... tutaj mo┬┐e nie by├Ž bezpiecznie. — Zaciska r├¬ce na kierownicy. — Ja te┬┐ nie wiem, jak zabi├Ž shapeshiftera.

Wychodz┬▒ z impali i rozgl┬▒daj┬▒ si├¬ dooko┬│a; Dean zamyka samoch├│d i przemykaj┬▒ chy┬│kiem do budynku, a potem w┬Âlizguj┬▒ si├¬ przez drzwi do wypo┬┐yczalni. Id┬▒ powoli, blisko p├│┬│ek, tak ┬┐eby nie zwraca├Ž na siebie uwagi, chocia┬┐ w bibliotece nie ma zbyt wielu os├│b; pod ┬Âcian┬▒ siedzi jaka┬ para zaczytana w jednej ksi┬▒┬┐ce le┬┐┬▒cej na stoliku przed nimi, a kiedy Sam zerka szybko na biurko, dostrzega niebieskie w┬│osy Michaela. Ch┬│opak jednak jest zaj├¬ty pisaniem czego┬Â, wi├¬c na szcz├¬┬Âcie ich nie dostrzega.

Drzwi do archiwum nie skrzypi┬▒, Sam pami├¬ta to z poprzedniego razu, gdy tu byli, wi├¬c przymyka je bez obawy, ┬┐e zdradz┬▒ ich obecno┬Â├Ž, i ┬Âciska klamk├¬, ci┬▒gn┬▒c j┬▒ w d├│┬│, a gdy wreszcie skrzyd┬│o spotyka si├¬ z framug┬▒, Sam delikatnie luzuje sw├│j mocny uchwyt; klamka unosi si├¬ coraz wy┬┐ej, a rygiel wsuwa si├¬ delikatnie w otwory w futrynie, tak ┬┐e drzwi w ko├▒cu s┬▒ zamkni├¬te na klamk├¬.

Wzdychaj┬▒ r├│wnocze┬Ânie i spogl┬▒daj┬▒ na siebie, a potem Sam pr├¬dko wyci┬▒ga telefon i wybiera numer Bobby'ego. Kiedy palcem dotyka zielonej s┬│uchawki, nagle zaczyna si├¬ waha├Ž, tak jakby wszystko dopiero do niego dociera┬│o.

— Sam — m├│wi Dean; brzmi prawie jak w gor┬▒czce, oczy mu b┬│yszcz┬▒, a usta ma rozchylone. — Dzwo├▒. Mamy ma┬│o czasu. Je┬Âli ten shapeshifter...

— O ile to w og├│le jest shapeshifter — przerywa Sam.

Dean rozwiera oczy szerzej, ale nie komentuje. Wyci±ga d³oñ i zaciska j± wokó³ rêki Sama, tej, która trzyma telefon, a potem sam naciska przycisk. Sam czuje ciep³o d³oni brata i po raz kolejny przechodzi go dreszcz, kiedy przypomina sobie ch³ód d³oni ojca.

Przez kilka chwil s┬│ysz┬▒ tylko sygna┬│ w telefonie; obaj pochylaj┬▒ si├¬ nad urz┬▒dzeniem i prawie zderzaj┬▒ si├¬ g┬│owami, chc┬▒c wszystko s┬│ysze├Ž. Samowi cisz├¬ pomieszczenia archiwalnego zag┬│usza d┬╝wi├¬k telefonu i szum krwi w uszach. W ko├▒cu Bobby odbiera.

Sam? — skrzeczy. — Co, u licha? Co┬ si├¬ sta┬│o?

Sam prze┬│yka ┬Âlin├¬, patrz┬▒c na Deana, na jego rozwarte szeroko oczy i uchylone usta, gdy oddycha p┬│ytko, szybko. Bierze g┬│├¬bszy oddech.

— Wujku Bobby — m├│wi. — Co wujek wie o shapeshifterach?

Po drugiej stronie zapada chwilowa cisza. Dean pociera czo┬│o palcem wskazuj┬▒cym i kciukiem i zerka na drzwi, jakby ba┬│ si├¬, ┬┐e kto┬ tu wejdzie.

Czemu nie spytacie ojca? — pyta Bobby. — Wyjecha┬│ na jakie┬ polowanie i zostawi┬│ was samych, a wy znale┬╝li┬Âcie jak┬▒┬ spraw├¬?

W pierwszej chwili Sam chce potwierdzi├Ž. Nie znosi k┬│amania, to prawda, wola┬│by mie├Ž ten luksus nieposiadania sekret├│w, ale osiemna┬Âcie lat takiego ┬┐ycia, ┬┐ycia ┬│owcy, ┬┐ycia wiecznego tu┬│acza, uczyni┬│o go ┬Âwietnym k┬│amc┬▒ — ma┬│o tego, uczyni┬│o go te┬┐ osob┬▒, kt├│ra natychmiast jest w stanie wymy┬Âli├Ž przekonuj┬▒ce oszustwo albo potwierdzi├Ž b┬│├¬dne przekonania innych os├│b, co jest tym ┬│atwiejsze, ┬┐e te osoby ju┬┐ prawie wierz┬▒ w swoje wersje wydarze├▒. Ale nie mo┬┐e tego zrobi├Ž teraz. Zerka na Deana; Dean kr├¬ci g┬│ow┬▒.

— Nie — odpowiada Sam, wci┬▒┬┐ wpatruj┬▒c si├¬ w brata. — Jeste┬Âmy w pomieszczeniu archiwalnym w bibliotece, ja i Dean, i obaj wujka s┬│uchamy. Przyjechali┬Âmy tu, by m├│c porozmawia├Ž z wujkiem w spokoju. Tata zosta┬│ w motelu.

Bobby milczy przez kilka sekund, które wlok± siê niemi³osiernie.

Podejrzewacie, ┬┐e shapeshifter udaje waszego ojca?

Jak zawsze w punkt. Nie na darmo Bobby jest tak znany w┬Âr├│d ┬│owc├│w; nie chodzi tylko o to, ┬┐e nakupi┬│ sobie siedemna┬Âcie telefon├│w, ka┬┐dy z innym numerem, i jest w stanie udawa├Ž szefa wydzia┬│u zab├│jstw, agenta rz┬▒du federalnego, szeryfa federalnego czy pracownika departamentu zdrowia, ale o to, ┬┐e by┬│ i nadal jest ┬Âwietnym ┬│owc┬▒.

Dean wzdycha g┬│o┬Âniej, zn├│w pociera czo┬│o.

— Tak — odpowiada, odzywaj┬▒c si├¬ po raz pierwszy w czasie tej rozmowy. — To ja, Dean — dodaje. — Nigdy wcze┬Âniej nie polowali┬Âmy na shapeshiftera. Pami├¬tam, ┬┐e tata pojecha┬│ dwa razy zapolowa├Ž na jakiego┬Â, ale wtedy zostawia┬│ nas w hotelu. — Wzdycha g┬│├¬biej. — Nic nam te┬┐ nie opowiada┬│ o tych potworach, tylko tyle, ┬┐e mog┬▒ zmieni├Ž wygl┬▒d i upodobni├Ž si├¬ do dowolnej osoby.

Bobby chrz┬▒ka g┬│o┬Âno.

To prawda, co wam powiedzia┬│. Szkoda, ┬┐e nic wi├¬cej nie raczy┬│ doda├Ž — m├│wi. — Shapeshiftery zachowuj┬▒ si├¬ normalnie, wi├¬c trzeba obserwowa├Ž ich zachowanie — zaczyna t┬│umaczy├Ž. — Przejmuj┬▒ my┬Âli tego, kogo udaj┬▒, wi├¬c trudno jest je rozpozna├Ž, i nie r├│┬┐ni┬▒ si├¬ w zasadzie niczym od ludzi. Tak samo wygl┬▒daj┬▒, tak samo pachn┬▒, tak samo si├¬ poruszaj┬▒. Psy s┬▒ w stanie wyczu├Ž inny zapach, ale ludzie nie. Macie pewno┬Â├Ž, ┬┐e to shifter?

— Nie — m├│wi Dean; Sam zerka na brata, unosz┬▒c brwi. Dean tylko na niego patrzy. — Ale ma zimn┬▒ sk├│r├¬ i jak wr├│ci┬│ z polowania, a my czekali┬Âmy w hotelu, to nie prze┬│adowa┬│ broni. A zawsze to robi┬│, zawsze prze┬│adowywa┬│ w hotelu jak najszybciej.

Zimn┬▒ sk├│r├¬? — pyta podejrzliwie Bobby.

— Lodowat┬▒ — odpowiada Sam. — Wr├│ci┬│ z polowania jak┬▒┬ godzin├¬ temu i poszed┬│ spa├Ž, wi├¬c my z Deanem prze┬│adowali┬Âmy bro├▒ i zostawili┬Âmy mu kartk├¬, ┬┐e bierzemy impal├¬ i jedziemy do biblioteki po ksi┬▒┬┐ki. Robili┬Âmy tak ju┬┐ par├¬ razy.

— Kiedy mu wytkn┬▒┬│em, ┬┐e nie prze┬│adowa┬│ pistolet├│w, powiedzia┬│, ┬┐e to by┬│ test — dodaje szybko Dean. — A od lat nas tak nie sprawdza┬│, od lat nam nie powtarza o rozsypywaniu soli pod oknami i o takich rzeczach.

Bobby milczy. Kiedy w koñcu siê odzywa, jego g³os jest spokojny, ale podszyty niepokojem.

Pojecha┬│ na polowanie, tak? I dopiero dzi┬ wr├│ci┬│?

— Tak — m├│wi┬▒ Dean i Sam jednocze┬Ânie.

Na co polowa┬│?

Sam zerka na Deana, marszcz┬▒c brwi.

— Na nieumar┬│ego — odpowiada Dean. — Jaki┬ kolega do niego napisa┬│...

— Bruce — wtr┬▒ca Sam.

— ...tak, Bruce... Napisa┬│, ┬┐e jest polowanie, ale kr├│tkie, na maks trzy dni, wi├¬c tata zostawi┬│ nas w hotelu, bo ostatnio du┬┐o polowali┬Âmy, wi├¬c mieli┬Âmy szans├¬ odpocz┬▒├Ž, i sam tam pojecha┬│. Powiedzia┬│, ┬┐e wr├│ci dzi┬ ko┬│o po┬│udnia, i faktycznie tak zrobi┬│.

Sama nieco dziwi ta gadatliwo┬Â├Ž Deana, ale podejrzewa, ┬┐e to przez nerwowo┬Â├Ž. Je┬┐eli w hotelu jest shifter, to ich tata pewnie zosta┬│ gdzie┬ uwi├¬ziony i cierpi. Musz┬▒ mu pom├│c jak najszybciej, a je┬Âli dadz┬▒ Bobby'emu wystarczaj┬▒c┬▒ liczb├¬ informacji, wtedy on im pomo┬┐e i b├¬d┬▒ mogli zaj┬▒├Ž si├¬ t┬▒ spraw┬▒.

Nieumar┬│y? — pyta Bobby. — Cholera — rzuca. — Cholera jasna!

— Czemu wujek pyt... — zaczyna Dean, ale Bobby nie zwraca na niego uwagi i przerywa mu, pytaj┬▒c:

Ma zimn┬▒ sk├│r├¬ i poszed┬│ spa├Ž, jak wr├│ci┬│? I zachowywa┬│ si├¬ dziwnie?

Sam czuje, jak wkrada si├¬ w niego niepok├│j. Spogl┬▒da na Deana; Dean oddycha szybko i patrzy na telefon w przera┬┐eniu. Bobby niemal sapie, kiedy m├│wi, i gdy wreszcie Dean przenosi wzrok na Sama, ten ju┬┐ wie, o czym my┬Âli brat.

— Wujku Bobby... — zaczyna dr┬┐┬▒cym g┬│osem. — Co wujek wie o nieumar┬│ych?

┬»e na pewno nie s┬▒ shapeshifterami — odpowiada Bobby. — Gdzie jeste┬Âcie?

— W Kolorado — m├│wi Dean, prawie si├¬ trz├¬s┬▒c. ┬úapie Sama za r├¬k├¬ i ┬Âciska j┬▒ mocno.

Cholera jasna! — krzyczy Bobby w zdenerwowaniu; Sam a┬┐ si├¬ wzdryga. — Ja w Pensylwanii, nie ma opcji, ┬┐e zd┬▒┬┐├¬ dojecha├Ž do was do nocy.

Przez chwilê tylko oddycha ciê¿ko w s³uchawkê, a Sam i Dean s³uchaj± tego oddechu z niepokojem zwiêkszaj±cym siê z sekundy na sekundê.

Dobra, to teraz odpowiecie na moje pytania — poleca wreszcie Bobby, bardziej opanowany. — Skupcie si├¬, bo to bardzo wa┬┐ne — dodaje.

Obaj kiwaj┬▒ g┬│owami, zapominaj┬▒c, ┬┐e przez telefon tego nie wida├Ž, ale Bobby nie przejmuje si├¬ milczeniem. Odchrz┬▒kuje i bierze wdech.

Ma zimn± skórê, niemal lodowat±?

Dean patrzy na Sama, a Sam odwzajemnia spojrzenie.

— Tak — m├│wi, wci┬▒┬┐ wpatrzony w Deana. Dean zaciska usta i kiwa na brata, ka┬┐┬▒c mu odpowiada├Ž na wszystkie pytania. Sam potakuje.

Jak tylko wr├│ci┬│, poszed┬│ spa├Ž?

— Tak.

Zachowuje siê dziwnie, niby w granicach normy, ale jednak nienaturalnie?

Sam przypomina sobie intensywne spojrzenia Johna, jego p├│┬│przymkni├¬te oczy, gdy bra┬│ g┬│├¬boki wdech, wszed┬│szy do pomieszczenia, jak gdyby wyczuwa┬│ jaki┬ przyjemny zapach.

— Tak.

W┬▒cha┬│ was?

Sam dr┬┐y. Przed sekund┬▒ o tym rozmy┬Âla┬│.

— On... bra┬│ wdech, jakby w┬▒cha┬│ ca┬│y pok├│j.

Bobby nie rzuca nastêpnym pytaniem w takim tempie, w jakim pyta³ do tej pory; zacina siê na moment, ale po chwili pyta:

Przebra┬│ si├¬, zanim poszed┬│ spa├Ž?

— Nie.

Bobby milczy. Dean puszcza r├¬k├¬ Sama, co Sam rejestruje ze zdziwieniem, bo zd┬▒┬┐y┬│ zapomnie├Ž, ┬┐e brat go z┬│apa┬│; prze┬│yka ┬Âlin├¬, czuj┬▒c ┬Âcisk w uszach. Porusza d┬│oni┬▒ i zerka na ni┬▒; widzi d┬│ugie bia┬│e — ju┬┐ ust├¬puj┬▒ce — ┬Âlady w kszta┬│cie palc├│w Deana, ale ledwo czuje b├│l.

Nieumarli, inaczej zwani o┬┐ywie├▒cami lub martwiakami, rzadziej nieumarlakami — zaczyna Bobby, troch├¬ spokojniejszy, jak gdyby pr├│bowa┬│ powstrzyma├Ž nap┬│yw emocji — to ┬Âwie┬┐e trupy, kt├│re z jakich┬ wzgl├¬d├│w nie zosta┬│y pochowane. Ale nie ka┬┐dy taki trup staje si├¬ nieumar┬│ym. Zazwyczaj to robota wied┬╝my, dosy├Ž pot├¬┬┐nej, bo trzeba du┬┐o mocy, ┬┐eby bawi├Ž si├¬ z nekromancj┬▒. W zasadzie nieumarli powstali przypadkiem. Jaka┬ wied┬╝ma chcia┬│a kogo┬ o┬┐ywi├Ž, ale brak┬│o jej si┬│y i energii, wi├¬c zamiast przywr├│ci├Ž kogo┬ do ┬┐ycia zrobi┬│a z niego nieumar┬│ego.

Sam i Dean wymieniaj± siê spojrzeniami.

Ale to by┬│o setki lat temu — kontynuuje Bobby. — Dzi┬ wied┬╝my stwarzaj┬▒ ich specjalnie, bo nieumarli to dobra bro├▒, a ┬┐yj┬▒, je┬Âli mo┬┐na tak to uj┬▒├Ž, tylko oko┬│o dw├│ch tygodni. Wied┬╝my nie musz┬▒ si├¬ k┬│opota├Ž z pozbywaniem si├¬ ich, kiedy ju┬┐ zrobi┬▒ to, czego one chc┬▒.

Sam musi zamruga├Ž oczami, ┬┐eby powstrzyma├Ž nap┬│ywaj┬▒ce ┬│zy. S┬│yszy, jak Dean wci┬▒ga ze ┬Âwistem powietrze i prawie si├¬ nim d┬│awi, tak jakby ton┬▒┬│.

Je┬┐eli wasz ojciec pojecha┬│ polowa├Ž na nieumar┬│ego, to znaczy, ┬┐e to musia┬│ by├Ž jaki┬ odszczepieniec, kt├│ry uciek┬│ wied┬╝mie albo ta go porzuci┬│a, chocia┬┐ cholera wie czemu, albo taki, kt├│ry si├¬ zarazi┬│, wi├¬c ┬┐adna wied┬╝ma go nie kontrolowa┬│a.

— Zarazi┬│? — pyta Dean.

Tak. Mo┬┐na stworzy├Ž nieumar┬│ego czarami albo mo┬┐na nim zosta├Ž, kiedy jaki┬ nieumar┬│y ci├¬ zaatakuje, ale nie zabije. Wasz ojciec musia┬│ zosta├Ž zara┬┐ony podczas polowania.

„Wasz ojciec musia┬│ zosta├Ž zara┬┐ony podczas polowania”. Tak po prostu. Sam mimowolnie powtarza to zdanie w g┬│owie raz za razem, te siedem s┬│├│w, kt├│re wywracaj┬▒ wszystko do g├│ry nogami. Je┬┐eli John jest nieumar┬│ym...

Nagle uderza go wspomnienie unosz±cej siê klatki piersiowej Johna, gdy ten po³o¿y³ siê na ³ó¿ku w hotelu.

— Wujku Bobby! — Szarpie za telefon, by przysun┬▒├Ž go bli┬┐ej, i wpatruje si├¬ w Deana szeroko rozwartymi oczami. — Nieumarli to trupy, tak? Oni s┬▒ martwi?

Tak. — W glosie Bobby'ego s┬│ycha├Ž zdziwienie, jakby zdumiewa┬│o go podniecenie Sama.

— Wi├¬c tata nim nie jest! — prawie krzyczy do s┬│uchawki, a Dean daje mu mocnego szturcha├▒ca w bok, wskazuj┬▒c kciukiem na drzwi. Sam prze┬│yka ┬Âlin├¬. Na pewno nie chc┬▒, ┬┐eby ktokolwiek tu wszed┬│, wi├¬c zaczyna m├│wi├Ž ciszej: — Widzia┬│em, jak oddycha. Wci┬▒ga┬│ powietrze i oddycha┬│, normalnie jak ludzie, tors mu si├¬ unosi┬│ w normalnym tempie i...

Sam — przerywa mu Bobby. — Sam, dzieciaku.

Obaj s┬│ysz┬▒ w g┬│osie Bobby'ego smutek po┬│┬▒czony ze zrezygnowaniem, jak gdyby bola┬│o go to, co m├│wi.

Nieumarli oddychaj┬▒ — odpowiada. — Mo┬┐e nie do ko├▒ca tak samo jak ludzie, bo niepotrzebny im tlen, a ich krew ju┬┐ nie p┬│ynie, wi├¬c chyba nie ma jak tego tlenu rozwozi├Ž po organizmie. Zreszt┬▒ ┬┐aden biolog nigdy ich nie bada┬│. Oddychaj┬▒ g┬│├│wnie po to, by wyczuwa├Ž zapachy, tak podejrzewam. I pewnie po cz├¬┬Âci dlatego, ┬┐eby wygl┬▒dali mniej podejrzanie, wied┬╝my przez setki lat doskonali┬│y rzucane zakl├¬cia i na pewno pomy┬Âla┬│y te┬┐ o tym.

Sam ma wra┬┐enie, ┬┐e jego serce ┬Âciska si├¬ bole┬Ânie, ale wie, ┬┐e to tylko z┬│udzenie. Jednak bije ono szybciej, nier├│wno, jak w chwilach strachu czy podczas polowa├▒. Dean poci┬▒ga nosem i Sam nie musi sprawdza├Ž, nie musi na niego zerka├Ž, by wiedzie├Ž, ┬┐e brat powstrzymuje p┬│acz.

Pos┬│uchajcie mnie uwa┬┐nie — m├│wi Bobby intensywniej, bardziej stanowczo i ostrzej. — Nie widzia┬│em waszego ojca, ale mam niemal stuprocentow┬▒ pewno┬Â├Ž, ┬┐e jest nieumar┬│ym. Jest mi tak cholernie przykro z waszego powodu, ┬┐e a┬┐ nie umiem tego wyrazi├Ž, ale teraz nie ma na to czasu. Nieumarli, a zw┬│aszcza ci zara┬┐eni, ┬┐ywi┬▒ si├¬ lud┬╝mi. S┬▒ jednak inteligentni i wiedz┬▒, ┬┐e nie mog┬▒ rzuca├Ž si├¬ na przypadkowych przechodni├│w, bo szybko by ich unieszkodliwiono. Oni poluj┬▒, co┬ jak koty. Widzieli┬Âcie kiedy┬ poluj┬▒cego kota? Geparda, jaguara albo nawet zwyk┬│ego dachowca?

— Tak — odzywa si├¬ Sam i zerka na Deana; Dean nie p┬│acze, ale jego oczy s┬▒ nieco zaczerwienione i szkliste. — W telewizji.

Wystarczy i to — odpowiada Bobby. — Widzieli┬Âcie wi├¬c, ┬┐e kot najpierw obserwuje ofiar├¬, siedz┬▒c nieruchomo i patrz┬▒c na ni┬▒ nieustannie, a potem si├¬ rzuca i ofiara praktycznie nie ma szans na ucieczk├¬. Nieumarli robi┬▒ podobnie, najpierw obserwacja, potem atak. Z tym ┬┐e nieumarli wi├¬cej ┬Âpi┬▒. Ale to te┬┐ da si├¬ por├│wna├Ž do kot├│w, te ma┬│e pomioty szata├▒skie potrafi┬▒ przespa├Ž ca┬│y dzie├▒. — ┬Žmieje si├¬, ale to tylko kr├│tki, osty rechot pozbawiony weso┬│o┬Âci. — Kolejna rzecz: sen. Cho├Žby nie wiem jak wied┬╝my pr├│bowa┬│y temu zapobiec, a na pewno pr├│bowa┬│y, pewnych rzeczy nie mog┬▒ zmieni├Ž. Trup powinien by├Ž trupem, takie s┬▒ prawa natury, wi├¬c nieumar┬│y, kt├│ry jest przecie┬┐ si┬│┬▒ ┬Âci┬▒gni├¬ty z tamtego ┬Âwiata, d┬▒┬┐y do swojego przeznaczenia. Co jest najbli┬┐ej ┬Âmierci, czego ka┬┐dy do┬Âwiadcza? Sen. ┬Žpi┬▒ normalnie w nocy, tyle samo ile ludzie, a opr├│cz tego cz├¬sto robi┬▒ sobie drzemki w ci┬▒gu dnia. Kiedy nie ┬Âpi┬▒, zachowuj┬▒ si├¬ normalnie, a przynajmniej si├¬ staraj┬▒, i obserwuj┬▒ ofiar├¬.

Sam przypomina sobie spojrzenia, które posy³a³ im ojciec, jego szeroko otwarte oczy i skupiony wzrok. Czuje, jak Dean wzdryga siê obok niego, ledwie namacalnie, ale jednak.

Nie mam zamiaru k┬│ama├Ž, na nic si├¬ to nie przyda: John na was poluje — o┬Âwiadcza Bobby; ci├¬┬┐ar jego s┬│├│w wisi mi├¬dzy bra├Žmi, a oni a┬┐ przysuwaj┬▒ si├¬ do siebie bli┬┐ej, przera┬┐eni. — B├¬dzie chcia┬│ was po┬┐re├Ž, zapewne jutro. Jest ┬Âwie┬┐ym nieumar┬│ym, wi├¬c jego g┬│├│d nie jest jeszcze a┬┐ taki silny, ale wie, ┬┐e jeste┬Âcie tylko dw├│jk┬▒ m┬│odzik├│w, a on ma do┬Âwiadczenie w ┬│owach, nawet je┬Âli... niekoniecznie od tej strony.

— Ale... — zaczyna dr┬┐┬▒co Sam. — Ale dlaczego na nas? Dlaczego nie zatrzyma┬│ si├¬ po drodze i nie dorwa┬│ kogo┬Â? Jecha┬│ do Kolorado a┬┐ z granicy Dakoty Po┬│udniowej i Nebraski, m├│g┬│ tam kogo┬ napa┬Â├Ž.

Nieumarli to inteligentne stworzenia — odpowiada starszy ┬│owca. — Jasne, ich umys┬│y po tym niby-zmartwychwstaniu, kt├│re funduje im wied┬╝ma, albo po zara┬┐eniu s┬▒ zupe┬│nie inne, a instynkty zmieniaj┬▒ si├¬ o sto osiemdziesi┬▒t stopni, ale nieumarli pami├¬taj┬▒ poprzednie ┬┐ycie i potrafi┬▒ wyci┬▒ga├Ž wnioski. Pope┬│niaj┬▒ b┬│├¬dy, sami zauwa┬┐yli┬Âcie, ┬┐e John nie prze┬│adowa┬│ broni i wymiga┬│ si├¬, ┬┐e to niby test, ale nie lekcewa┬┐cie go. Wie, kim dla was by┬│ i czym si├¬ zajmowa┬│ na co dzie├▒. Problem w tym, ┬┐e teraz, jako nieumar┬│y, ma zupe┬│nie inne priorytety. Obserwowa├Ž, atakowa├Ž i po┬┐era├Ž. Gdyby by┬│ pod w┬│adz┬▒ wied┬╝my, ta kontrolowa┬│aby jego zachowania czarami, ale wolny nieumar┬│y decyduje sam o sobie.

— Da si├¬ go o┬┐ywi├Ž z powrotem? — pyta nagle Dean. Jego g┬│os jest ci├¬┬┐ki, niski, jakby przyduszony, ale pobrzmiewa w nim dr┬┐┬▒ca nadzieja. — M├│wi┬│ wujek, ┬┐e jaka┬ wied┬╝ma chcia┬│a kogo┬ o┬┐ywi├Ž, ale zabrak┬│o jej energii, czyli to jest mo┬┐liwe. Gdyby┬Âmy znale┬╝li jak┬▒┬ siln┬▒, porwali j┬▒ i zmusili, ┬┐eb...

Niech ci nawet do g┬│owy co┬ takiego nie przychodzi, Dean! — przerywa mu ostro Bobby. — Nigdy, ale to przenigdy nie uk┬│adaj si├¬ z wied┬╝mami, a ju┬┐ zw┬│aszcza nie z silnymi. Tylko g┬│upcy korzystaj┬▒ z ich us┬│ug, tak jak tylko g┬│upcy wzywaj┬▒ demony na rozdro┬┐u. Z takiego czego┬ nie wynika nic dobrego!

Dean, gdy s┬│yszy pierwsze s┬│owa Bobby'ego, podskakuje i ┬│apie Sama za r├¬k├¬, by razem z nim trzyma├Ž telefon. S┬│ucha Bobby'ego i na koniec przymyka oczy. Sam z bliska widzi dr┬┐┬▒ce powieki brata; dostrzega te┬┐ jedn┬▒ rz├¬s├¬ le┬┐┬▒c┬▒ na jego policzku.

Nie da si├¬ go przywr├│ci├Ž do ┬┐ycia — kontynuuje Bobby, nieco spokojniej, a Sam czuje, a┬┐ ca┬│e wn├¬trzno┬Âci zaciskaj┬▒ mu si├¬ w ciasny supe┬│. — To nieodwracalne. — Supe┬│ zaciska si├¬ jeszcze bardziej. — A co gorsze, on jest teraz w fazie obserwacji i jutro rano przejdzie do fazy ataku. Powiedzia┬│ wam, ┬┐e zostajecie w hotelu, tak?

— Mieli┬Âmy... mieli┬Âmy jecha├Ž na polowanie, jak wr├│ci. Tata m├│wi┬│, ┬┐e um├│wi┬│ si├¬ z jakimi┬ ┬│owcami, ┬┐e mamy jecha├Ž razem do Kalifornii, ale dzi┬ powiedzia┬│, ┬┐e oni dzwonili, ┬┐e poradz┬▒ sobie sami — pl┬▒cze si├¬ Sam, doskonale wiedz┬▒c, ┬┐e m├│wi niesk┬│adnie, ale liczy si├¬ sens. Bobby nie zwraca uwagi na kwiecisto┬Â├Ž i poprawno┬Â├Ž wypowiedzi.

Wi├¬c tak. Skoro to by┬│o trzydniowe polowanie, to wliczaj┬▒c czas na podr├│┬┐ i na ┬Âledztwo, pewnie zosta┬│ zaatakowany wczoraj, ale zd┬▒┬┐y┬│ uciec i go zamieni┬│o. Przespa┬│ dzisiejsz┬▒ noc i wyjecha┬│ nad ranem, a potem do was wr├│ci┬│. G┬│├│d narasta i jutro rano b├¬dzie naprawd├¬ silny, a John, jako nieumar┬│y, doskonale o tym wie. Wszystkie martwiaki wiedz┬▒ wszystko o swoim g┬│odzie, maj┬▒ to zapisane w pod┬Âwiadomo┬Âci.

— Ale on jest jeden — wtr┬▒ca Dean. — A nas dw├│ch. Skoro jest taki inteligentny, to musi wiedzie├Ž, ┬┐e my mamy przewag├¬.

Jeste┬ tego taki pewien? — Bobby zdaje si├¬ oddycha├Ž ci├¬┬┐ej, jakby ledwie kontrolowa┬│ emocje, i zapewne tak jest. — Jak was znam, to ┬Âpicie obok siebie, wi├¬c wystarczy, ┬┐e John obudzi si├¬ wcze┬Ânie, we┬╝mie no┬┐e w obie r├¬ce, wejdzie mi├¬dzy wasze ┬│├│┬┐ka i wbije je wam w gard┬│a, jednemu jedn┬▒ r├¬k┬▒, a drugiemu drug┬▒. Jest ┬│owc┬▒ z d┬│ugim do┬Âwiadczeniem, umie porusza├Ž si├¬ tak, ┬┐e takie m┬│odziki niczego nie wyczuj┬▒. A potem prosta droga.

Teraz obaj dr┬┐┬▒ niekontrolowanie i ledwo wstrzymuj┬▒ strach; Sam widzi rami├¬ brata, nieos┬│oni├¬te koszul┬▒, bo jest tak cholernie gor┬▒co, ca┬│e pokryte g├¬si┬▒ sk├│rk┬▒. Drobne jasne w┬│oski stoj┬▒ na baczno┬Â├Ž. Nie musi zerka├Ž na w┬│asne r├¬ce, by wiedzie├Ž, ┬┐e jego organizm reaguje tak samo.

Powstrzymajcie strach — zarz┬▒dza Bobby, jak gdyby doskonale wiedzia┬│, co si├¬ z nimi dzieje. — Musicie si├¬ skupi├Ž. Jestem na polowaniu ponad dwa tysi┬▒ce kilometr├│w od was, nie mog├¬ wam pom├│c, ale mog├¬ wam powiedzie├Ž, jak zabi├Ž nieumar┬│ego.

„Zabi├Ž”. To s┬│owo osiada mi├¬dzy nimi jak mg┬│a, taka g├¬sta, ci├¬┬┐ka i nieprzyjemna; jak kropelki pary wodnej w czasie parnego dnia, kt├│re s┬▒ niewidoczne, ale zapychaj┬▒ ca┬│e powietrze i zlepiaj┬▒ warstwy ubra├▒ z cia┬│em, i mieszaj┬▒ si├¬ z potem, i s┬▒ nie do unikni├¬cia, po prostu nie do unikni├¬cia.

Potrzebujecie br┬▒zu — m├│wi Bobby. — Srebro nie dzia┬│a na nieumar┬│ych. Mo┬┐na je zabi├Ž tylko no┬┐em z br┬▒zu wbitym w serce. Je┬┐eli nie macie, to musicie kup...

— Bobby! — przerywa mu Dean ostro, nie przejmuj┬▒c si├¬ konwenansami i nie zwracaj┬▒c uwagi na to, ┬┐e powinien m├│wi├Ž do starszego ┬│owcy „wujku”. — Sk┬▒d mamy wiedzie├Ž, ┬┐e to na pewno nieumar┬│y? Mo┬┐e wszyscy si├¬ tutaj tylko nakr├¬camy? Mo┬┐e po prostu tata jest zm├¬czony?

Bobby milczy przez chwil├¬ i Sam nie wie, czy to dlatego, ┬┐e zastanawia si├¬ nad t┬▒ mo┬┐liwo┬Âci┬▒, czy mo┬┐e dlatego, ┬┐e nie ma poj├¬cia, jak mo┬┐e powiedzie├Ž Deanowi, ┬┐e ten si├¬ myli.

Zr├│bcie wi├¬c pr├│b├¬ — m├│wi po d┬│u┬┐ej chwili wype┬│nionej tylko milczeniem i t┬▒ lepk┬▒ mg┬│┬▒, kt├│ra ci┬▒gle kr┬▒┬┐y mi├¬dzy bra├Žmi jak jastrz┬▒b nad ofiar┬▒. — Kupcie ten br┬▒zowy n├│┬┐, je┬Âli nie macie, i wr├│├Žcie do hotelu... Kt├│ra jest teraz u was godzina? — pyta nagle.

Dean wyszarpuj┬▒c z kieszeni sw├│j w┬│asny telefon i w┬│┬▒cza wy┬Âwietlacz.

— Czternasta dwadzie┬Âcia dwie — odpowiada, ┬Âciskaj┬▒c urz┬▒dzenie.

Dobra — rzuca Bobby i wzdycha. — To John pewnie jeszcze troch├¬ po┬Âpi i obudzi si├¬ jako┬ ko┬│o pi┬▒tej. Poudaje troch├¬, poobserwuje was i wieczorem zn├│w si├¬ po┬│o┬┐y. A teraz s┬│uchajcie. Dop├│ki ┬Âpi, macie czas na zrobienie pr├│by. We┬╝cie ten n├│┬┐ i przy┬│├│┬┐cie go do jego r├¬ki, tylko go┬│ej, bez ubra├▒. Je┬┐eli jest cz┬│owiekiem, to nic si├¬ nie stanie. Je┬Âli jest nieumar┬│ym, pojawi si├¬ dziwna reakcja, co┬ jakby sk├│ra zacznie mu ┬Âwieci├Ž na zielono, mieni├Ž si├¬... Jeden czort. Dop├│ki nie oderwiecie no┬┐a, sk├│ra dooko┬│a b├¬dzie zielona, a jak oderwiecie, to troch├¬ jeszcze zamigocze i kolor zniknie. To nieumar┬│ego nie boli, wi├¬c John niczego nie wyczuje, ale musicie by├Ž ostro┬┐ni, bo jego instynkty nadal s┬▒ wyostrzone. — Milknie na chwil├¬, wype┬│niaj┬▒c cisz├¬ tylko ci├¬┬┐kim oddechem. — John zawsze spa┬│ lekko — m├│wi w ko├▒cu i mimo ┬┐e to nie jest pytanie, Sam i tak rzuca:

— Tak. — To s┬│owo brzmi jak skrzek, s┬│aby i toporny.

Jako nieumar³y ma ciê¿szy sen. Tym lepiej dla was. Macie br±zowy nó¿?

Sam i Dean spogl┬▒daj┬▒ po sobie; Sam w my┬Âlach przeszukuje ka┬┐d┬▒ torb├¬, jak┬▒ maj┬▒, i ca┬│y baga┬┐nik impali, dobrze wiedz┬▒c, ┬┐e Dean robi to samo. Na pewno gdzie┬ jaki┬ jest, w ko├▒cu John jecha┬│ zapolowa├Ž na nieumar┬│ego, wi├¬c musia┬│ mie├Ž ze sob┬▒ odpowiedni┬▒ bro├▒. Ale skoro nieumarli s┬▒ inteligentni, m├│g┬│ j┬▒ wyrzuci├Ž. Skoro dotyk br┬▒zu go nie boli, da┬│ rad├¬ to zrobi├Ž — wystarczy┬│o, ┬┐e chwyci┬│ narz├¬dzie i cisn┬▒┬│ je gdzie┬ do jeziora albo zwyczajnie wyrzuci┬│ za okno podczas jazdy.

— Chyba nie — odpowiada.

Wi├¬c kupcie. Jak nie macie pieni├¬dzy, spr├│bujcie ukra┬Â├Ž. Cholera, nie powinienem dawa├Ž wam takich rad... — mamrocze. — Ale w tej sytuacji to tak jakby usprawiedliwione. Wr├│├Žcie do motelu i zr├│bcie ten test.

Grdyka Deana porusza si├¬, gdy ten prze┬│yka ┬Âlin├¬; Dean rozchyla usta i oblizuje je szybko, a Sam obserwuje brata, my┬Âl┬▒c o tym, ┬┐e John m├│g┬│by wbi├Ž im no┬┐e w gard┬│a i wtedy Deanowe jab┬│ko Adama ju┬┐ nigdy by si├¬ nie poruszy┬│o.

— A je┬Âli oka┬┐e si├¬, ┬┐e tata jest tym... nieumar┬│ym?

Bobby wzdycha. A potem wzdycha jeszcze raz i co┬ w tle trzeszczy, jak gdyby mo┬┐e siada┬│ na jaki┬ fotelu albo... Sam nie ma poj├¬cia.

Je┬┐eli si├¬ tak oka┬┐e, to schowajcie n├│┬┐, tak ┬┐eby John go nie znalaz┬│. Zachowujcie si├¬ normalnie. M├│wili┬Âcie, ┬┐e gdzie jeste┬Âcie, w bibliotece?

— Tak, w archiwum, ┬┐eby nikt nas nie pods┬│ucha┬│.

Obaj jak na komend├¬ rozgl┬▒daj┬▒ si├¬ po pomieszczeniu, obserwuj┬▒ md┬│e, zielone ┬Âciany i rz├¬dy p├│┬│ek z szafkami, a potem, jednocze┬Ânie, zerkaj┬▒ na drzwi. Te wci┬▒┬┐ pozostaj┬▒ zamkni├¬te.

We┬╝cie sobie jakie┬ ksi┬▒┬┐ki i poczytajcie, jak si├¬ obudzi — kontynuuje Bobby. — Nie patrzcie na niego dziwnie, nie zadawajcie pyta├▒. Nieumarli nie jedz┬▒, wi├¬c jak was we┬╝mie do knajpy, a sam nic nie b├¬dzie jad┬│, to nie dr┬▒┬┐cie tematu. Jak zacznie rozmow├¬, to odpowiadajcie jak zwykle. Kiedy wieczorem p├│jdziecie spa├Ž, on za┬Ânie pierwszy, bo noc┬▒ sen nieumar┬│ych jest mocniejszy, wi├¬c poczekajcie z godzin├¬, tak ┬┐eby na pewno dobrze zasn┬▒┬│, i wtedy wsta├▒cie. B├¬dziecie... b├¬dziecie musieli...

Bobby urywa. W tle s┬│ycha├Ž kolejne szeleszczenie, a potem poci┬▒ganie nosem. Bobby zdaje si├¬... p┬│aka├Ž.

Cholera — m├│wi Bobby i faktycznie, w jego g┬│osie s┬│ycha├Ž ci├¬┬┐ki szloch. — Cholera, nigdy bym nie pomy┬Âla┬│, ┬┐e on.... ┬┐e on sko├▒czy w taki spos├│b. I ┬┐e wy b├¬dziecie musieli to zrobi├Ž. Ch┬│opaki, gdybym tylko m├│g┬│ do was dotrze├Ž, zrobi┬│bym... zrobi┬│bym to za was — dodaje.

Sam czuje, jak w oczach zbieraj┬▒ mu si├¬ ┬│zy, i kiedy zerka na Deana, widzi, ┬┐e ten te┬┐ ledwie powstrzymuje p┬│acz. Ociera wilgo├Ž wierzchem d┬│oni i szturcha Deana, by zrobi┬│ to samo. Ojciec nie mo┬┐e zobaczy├Ž ich ca┬│ych opuchni├¬tych od ryczenia.

— Wujku Bobby — m├│wi, dr┬┐┬▒co i niepewnie. — Na to b├¬dzie czas p├│┬╝niej. Teraz powiedz nam... powiedz nam, jak go... — s┬│owo „zabi├Ž” staje mu w gardle, ju┬┐ i tak ┬Âci┬Âni├¬tym od powstrzymywanego p┬│aczu — ...jak to zrobi├Ž — ko├▒czy.

Bobby poci±ga nosem, ale kiedy siê odzywa, jest bardziej opanowany.

Jeden z was musi trzyma├Ž mu r├¬ce wzd┬│u┬┐ cia┬│a, ┬┐eby was nie z┬│apa┬│, bo na pewno si├¬ obudzi, jak poczuje metal w ciele. Ten drugi jedn┬▒ r├¬k┬▒ wbija n├│┬┐ prosto w serce, a drug┬▒ trzyma go za ┬┐uchw├¬, bo b├¬dzie si├¬ chcia┬│ pochyli├Ž i was ugry┬╝├Ž. Jak ugryzie, nie ma zmi┬│uj. Te┬┐ zamienicie si├¬ w nieumar┬│ego. Nie ma ┬┐adnych rytua┬│├│w ani malunk├│w na ciele, zwyk┬│e wbicie no┬┐a, mo┬┐ecie nim... — Przerywa na sekund├¬. — Mo┬┐ecie nim kr├¬ci├Ž, jak ju┬┐ go wbijecie w serce, krew ju┬┐ mu nie p┬│ynie w ┬┐y┬│ach, wi├¬c nie b├¬dzie tryska┬│a.

Ta wizja, wizja no┬┐a wbita w klatk├¬ piersiow┬▒ ojca, nawet je┬Âli technicznie rzecz ujmuj┬▒c John nie jest teraz ju┬┐ ich ojcem, pojawia si├¬ w umy┬Âle Sama i nie chce znikn┬▒├Ž. Czuje tors Deana, jak unosi si├¬ i opada we w┬Âciek┬│ym, szybkim tempie, gdy ten oddycha.

A potem... — zaczyna i po┬│┬▒czenie zostaje przerwane.
_________________
You mustn't be afraid to dream a little bigger, darling. (X)
 
 
SzmaragDrac 
7-klasista



Wiek: 22
Do│▒czy│a: 08 Mar 2015
Posty: 168
Sk▒d: mazowieckie
Wys│any: 2017-10-05, 17:45   

— Kurwa! — m├│wi z naciskiem Dean. — Kurwa ma├Ž.

— Zamknij si├¬, bo kto┬ tu przyjdzie — odpowiada Sam, rzucaj┬▒c mu szybkie spojrzenie, i wybiera numer Bobby'ego ponownie.

Damski g┬│os w s┬│uchawce informuje go uprzejmie, ┬┐e sko├▒czy┬│y mu si├¬ ┬Ârodki na koncie.

— Nie mam kasy, ty dzwo├▒ do wujka — poleca Deanowi, kt├│ry wpatruje si├¬ w niego uparcie.

Dean szybko wybiera kontakt, naciska zielon┬▒ s┬│uchawk├¬ — pewnie, stanowczo, bez wahania, nie tak jak Sam, gdy dzwoni┬│ do Bobby'ego. Ale wtedy sytuacja by┬│a zupe┬│nie inna.

Ponownie pochylaj┬▒ g┬│owy nad telefonem. Sygna┬│ wybrzmiewa tylko raz, zanim Bobby odbiera.

Dean? — pyta, niejako wystraszony.

— Samowi sko├▒czy┬│y si├¬ pieni┬▒dze na koncie — t┬│umaczy Dean, staraj┬▒c si├¬ kontrolowa├Ž ton g┬│osu. — Niech wujek m├│wi dalej.

Ju┬┐ my┬Âla┬│em... — zaczyna Bobby, ale nie ko├▒czy. — Dobra. Dobra, to s┬│uchajcie. Br┬▒z w sercu zabije go mniej ni┬┐ w minut├¬, jakie┬ trzydzie┬Âci czy czterdzie┬Âci sekund mo┬┐e. Musicie ci┬▒gle go trzyma├Ž i nie puszcza├Ž, bo jego ugryzienie do samego ko├▒ca b├¬dzie jadowite.

— Damy rad├¬ — zapewnia Sam i tym razem to on zaciska r├¬k├¬ na d┬│oni Deana. Stara si├¬ robi├Ž to na tyle lekko, by nie zostawi├Ž bia┬│ych ┬Âlad├│w.

A potem... Po jego ┬Âmierci musicie spali├Ž cia┬│o. Teraz jego organizm ulega rozk┬│adowi, nieco zwolnionemu przez zakl├¬cia czarownic, ale gdyby┬Âcie zobaczyli go nagiego, od razu by┬Âcie to poznali. Blade mi├¬so, jak z wosku. Dlatego... dlatego nie przebiera┬│ si├¬ do snu. M├│g┬│ to zrobi├Ž w ┬│azience i zapewniam was, ┬┐e dzi┬ wieczorem nawet nie zdejmie przy was koszuli, ale jak wr├│ci┬│, pewnie by┬│ zbyt zm├¬czony i spragniony snu. Nie pytajcie go, czy mu gor┬▒co i inne takie bzdury. Nie mo┬┐e zacz┬▒├Ž podejrzewa├Ž, ┬┐e wiecie.

— Nigdy nie zadajemy mu takich pyta├▒ — m├│wi Dean.

Dobrze — odpowiada Bobby. — Wi├¬c niech siedzi i w kurtce.

Bobby nie mówi nic wiêcej, ale ich zdenerwowanie narasta z sekundy na sekundê. Sam czuje, jak jego serce wci±¿ bije szybko, nieregularnie, ledwo mieszcz±c siê w klatce piersiowej.

Musicie spali├Ž cia┬│o — dodaje Bobby po d┬│ugiej chwili. — Nie dacie rady nigdzie go wynie┬Â├Ž, a w hotelu mog┬▒ was z┬│apa├Ž, jak b├¬dziecie targa├Ž cia┬│em. Macie tam wann├¬ w ┬│azience?

— Tak.

┬Žwietnie. Wytrzecie j┬▒ r├¬cznikiem z wilgoci i tam zapakujecie cia┬│o. Polejecie benzyn┬▒ i spalicie. Wanna nie sp┬│onie, ogie├▒ b├¬dzie mia┬│ za ma┬│┬▒ temperatur├¬. Resztki... — Zacina si├¬. S┬│ycha├Ž p┬│acz. — Resztki sp┬│uczcie wod┬▒.

Cisza.

Ch┬│opaki, tak mi przykro... — szlocha Bobby.

Sam zamyka oczy, bo czuje, ¿e inaczej ca³y by siê pop³aka³. Zaciska mocno powieki.

Moje polowanie potrwa jeszcze przynajmniej z tydzie├▒, wi├¬c nie b├¬d├¬ m├│g┬│ do was przyjecha├Ž. Wy przyjed┬╝cie do mnie, s┬│yszycie? — m├│wi Bobby. W jego glosie nadal s┬│ycha├Ž rozpacz, ale ┬│owca kontroluje si├¬ ju┬┐ troch├¬ bardziej. — Nie b├¬dziecie sami.

„Nie b├¬dziecie sami”. Nieprawda. B├¬d┬▒. Sam doskonale to wie.

Pami├¬tajcie: br┬▒zowy n├│┬┐ w serce, trzyma├Ž r├¬ce i ┬┐uchw├¬, nie da├Ž si├¬ ugry┬╝├Ž. Spali├Ž cia┬│o do samego ko├▒ca. I nie da├Ž po sobie niczego pozna├Ž. Dacie rad├¬ przez te trzy czy cztery godziny, jak si├¬ obudzi — powtarza Bobby stanowczo i Sam otwiera oczy. — Rozumiecie?

— Tak jest — m├│wi Dean ze ┬Âci┬Âni├¬tym gard┬│em.

To id┬╝cie po te ksi┬▒┬┐ki teraz. I ch┬│opaki... — Bobby si├¬ zacina na sekund├¬, ale po chwili odzyskuje rezon. — Powodzenia.

Mrucz┬▒ co┬ potwierdzaj┬▒co i roz┬│┬▒czaj┬▒ si├¬, a kiedy Sam zerka na Deana, widzi jego lekko zaczerwienione oczy. Zdaje sobie spraw├¬, ┬┐e sam wygl┬▒da tak samo, ale teraz nie to si├¬ liczy.

— Schowasz si├¬ za p├│┬│kami jak ostatnio — m├│wi Dean spokojniej. Bierze g┬│├¬boki wdech, wci┬▒┬┐ jeszcze lekko dr┬┐┬▒cy, ale zdecydowanie pewniejszy. Ociera oczy i mruga nimi kilka razy. — Ja wezm├¬ jakie┬ ksi┬▒┬┐ki i je wypo┬┐ycz├¬, ale widzia┬│em tu Michaela, wi├¬c... On nie mo┬┐e ci├¬ zobaczy├Ž.

To uderza Sama tak bardzo, ┬┐e prawie si├¬ przewraca. Po tym wszystkim, czego si├¬ dowiedzieli, po ca┬│ej rozmowie z Bobbym i ze ┬Âwiadomo┬Âci┬▒ tego, co musz┬▒ zrobi├Ž, Dean nadal dba o uczucia jakiego┬ przypadkowego ch┬│opaka. Kuli si├¬ wewn├¬trznie, nie wiedz┬▒c, co powiedzie├Ž, i pociera oczy, by wytrze├Ž z nich ┬│zy. Kiwa g┬│ow┬▒.

Dean wci┬▒ga powietrze i otwiera drzwi archiwum, a potem id┬▒ obok siebie, rami├¬ w rami├¬, wzd┬│u┬┐ p├│┬│ek. Dean si├¬ga po jak┬▒┬ przypadkow┬▒ ksi┬▒┬┐k├¬ z dzia┬│u z powie┬Âciami historycznymi i wskazuje Samowi miejsce mi├¬dzy rega┬│ami, to samo, z kt├│rego Sam obserwowa┬│ brata kilka dni temu. Przerwa mi├¬dzy ksi┬▒┬┐kami umo┬┐liwiaj┬▒ca mu podgl┬▒danie wci┬▒┬┐ tu jest.

Dean idzie pewnie, stawia krok za krokiem, ale kiedy podchodzi do biurka bibliotekarza i kiedy Mike — Michael, przypomina sobie Sam, Dean nazywa go Michael — podnosi wzrok, ramiona Deana zwieszaj┬▒ si├¬ w mgnieniu oka, jak gdyby usz┬│o z niego powietrze.

— Cze┬Â├Ž — m├│wi cicho Dean, patrz┬▒c na ch┬│opaka i ┬Âciskaj┬▒c ksi┬▒┬┐k├¬ w d┬│oni. — Wiem, ┬┐e mia┬│em przyj┬Â├Ž, ale...

— P┬│aka┬│e┬Â? — przerywa mu Mike, zrywaj┬▒c si├¬ z krzes┬│a.

Dean robi dziwny gest g┬│ow┬▒, co┬ pomi├¬dzy kiwni├¬ciem a zaprzeczeniem, a potem podaje ksi┬▒┬┐k├¬ Michaelowi.

— Mo┬┐na tak powiedzie├Ž. W┬│a┬Ânie dlatego nie przyszed┬│em.

— Powiedzia┬│e┬Â, ┬┐e wpadniesz za kilka dni. To by┬│o cztery dni temu. Jeszcze nie zacz┬▒┬│em podejrzewa├Ž, ┬┐e mnie wystawi┬│e┬Â. — Mike si├¬ u┬Âmiecha, lekko i jakby ciep┬│o, ale wida├Ž po nim, ┬┐e wci┬▒┬┐ jest zmartwiony.

— Heh — rzuca Dean i Sam go nie widzi, bo ten stoi ty┬│em, ale jest pewien, ┬┐e brat tak┬┐e wygina wargi w czym┬Â, co mo┬┐na by┬│oby nazwa├Ž leciutkim u┬Âmieszkiem. — No tak. Ale co┬Â... co┬ si├¬ sta┬│o. Ja... nie mia┬│em czasu. Przyjd├¬ jutro, dobra? — pyta i gdyby Sam nie zna┬│ go lepiej, m├│g┬│by us┬│ysze├Ž w jego g┬│osie nadziej├¬, a tak to wie, ┬┐e to tylko gra, pozosta┬│o┬Â├Ž aktorskich umiej├¬tno┬Âci Deana, kt├│re z pasj┬▒ rozwija┬│ w podstaw├│wce, gdy nie zmieniali szko┬│y co chwil├¬, a jedynie raz czy dwa razy w roku. Dean zaliczy┬│ kilka r├│┬┐nych podstaw├│wek, podobnie zreszt┬▒ jak Sam, i w ka┬┐dej z nich zawsze wkr├¬ca┬│ si├¬ w szkolne ko┬│o teatralne.

— A ta ksi┬▒┬┐ka... To pretekst, ┬┐eby tu przyj┬Â├Ž? — pyta Michael i tak, w jego g┬│osie s┬│ycha├Ž autentyczn┬▒ nadziej├¬.

Dean kiwa g┬│ow┬▒. Sam wie, ┬┐e akurat to nie jest k┬│amstwem. Ksi┬▒┬┐ka to pretekst, ale nie po to, by przyj┬Â├Ž do Michaela. To pretekst po to, by uciec od Johna.

— Troch├¬. Ale naprawd├¬ chcia┬│bym przeczyta├Ž... — zerka na tytu┬│ — ...„Ann├¬ Karenin├¬”. Chcia┬│bym to przeczyta├Ž.

Mike bierze powie┬Â├Ž, siadaj┬▒c na krze┬Âle, i potem si├¬ga po d┬│ugopis i zapisuje fakt wypo┬┐yczenia na karcie Deana, a kiedy mu j┬▒ oddaje, u┬Âmiecha si├¬ szerzej, cho├Ž nadal nie tak jak cztery dni temu.

— Wiesz, mia┬│em zamiar ci j┬▒ poleci├Ž. Spodoba┬│y ci si├¬ moje wcze┬Âniejsze rekomendacje, wi├¬c... — Bawi si├¬ d┬│ugopisem, obracaj┬▒c go kilka razy. — Mi┬│ego czytania, to bardzo dobra ksi┬▒┬┐ka.

Dean kiwa g┬│ow┬▒ i odwraca si├¬, by odej┬Â├Ž, a wtedy Mike zn├│w zrywa si├¬ z siedzenia, ┬│apie Deana za nadgarstek prawej r├¬ki — w lewej brat ┬Âciska kurczowo ksi┬▒┬┐k├¬ — i zmusza do zostania. Dean przenosi wzrok na ch┬│opaka, ale nie wyrywa d┬│oni z jego u┬Âcisku.

— Powodzenia z tym... cokolwiek si├¬ u ciebie dzieje. Powodzenia — m├│wi cicho Mike.

Dean robi co┬Â, czego Sam si├¬ po nim w og├│le nie spodziewa; odk┬│ada ksi┬▒┬┐k├¬ na biurko, a potem woln┬▒ r├¬k┬▒ si├¬ga ku twarzy Mike'a i zak┬│ada mu za ucho jeden kosmyk niebieskich w┬│os├│w, kt├│ry wcze┬Âniej opad┬│ ch┬│opakowi na policzek. Patrzy na Mike'a przez jak┬▒┬ sekund├¬ albo dwie, Mike odwzajemnia spojrzenie.

— Dzi├¬kuj├¬ — odpowiada Dean, w jego g┬│osie s┬│ycha├Ž szczero┬Â├Ž.

Wysuwa d┬│o├▒ z u┬Âcisku Mike'a — ju┬┐ nie tak mocnego — ┬│apie ksi┬▒┬┐k├¬ le┬┐┬▒c┬▒ na biurku, odwraca si├¬ i wychodzi.

Sam odczekuje równo dwie minuty, zanim wy³ania siê zza pó³ki i kieruje ku drzwiom, a gdy zerka na Michaela, ten wci±¿ stoi i patrzy na drzwi, za którymi znikn±³ Dean.

———


Dean wci┬▒┬┐ ma ze sob┬▒ portfel z pieni├¬dzmi, kt├│re John da┬│ im na te trzy wolne dni. Nie wydali wszystkich, zosta┬│o im prawie sze┬Â├Ždziesi┬▒t dolar├│w, wi├¬c w sklepie metalowym kupuj┬▒ dwa br┬▒zowe no┬┐e ┬Âredniej wielko┬Âci. W drodze powrotnej milcz┬▒ w impali; Sam rozmy┬Âla o d┬│oni Deana na policzku Michaela, rozpaczliwie pragn┬▒c, by ten obraz wymaza┬│ wizj├¬ no┬┐a w klatce piersiowej ich ojca. Po cz├¬┬Âci si├¬ to udaje.

Dean nie wygl┬▒da na tak zawstydzonego jak ostatnim razem, tak jakby wiedzia┬│, ┬┐e Sam nie odczyta jego gestu jako romantycznego. Sam nie odczytuje. Doskonale wie, co to by┬│o — szukanie normalno┬Âci, mu┬Âni├¬cie czego┬Â, co nie jest zwi┬▒zane z ┬│owami i co nie ma poj├¬cia, ┬┐e wpatruje si├¬ w oczy ┬│owcy. W oczy kogo┬Â, kto zabije w┬│asnego ojca.

Przesta├▒, upomina si├¬ w my┬Âlach. To ju┬┐ nie jest ojciec. To jest potw├│r. Wujek Bobby m├│wi┬│, ┬┐e jego priorytety zmieni┬│y si├¬ o sto osiemdziesi┬▒t stopni. Ojciec umar┬│ na polowaniu dwa dni temu

Kiedy wracaj┬▒ do motelu, nios┬▒c no┬┐e w niewielkiej czarnej torbie, kt├│r┬▒ znale┬╝li w baga┬┐niku impali, John wci┬▒┬┐ ┬Âpi. Przeprowadzenie pr├│by nie zajmuje im wiele czasu, musz┬▒ tylko wyj┬▒├Ž bro├▒ z miniwalizki i uwa┬┐a├Ž, by John si├¬ nie obudzi┬│, ale daj┬▒ rad├¬. Zatrzymuj┬▒ si├¬ dopiero wtedy, kiedy ju┬┐-ju┬┐ maj┬▒ dotkn┬▒├Ž ostrzem zimnej sk├│ry.

┬Žwiat┬│o wpadaj┬▒ce przez okno odbija si├¬ od tafli metalu, a Sam, ┬Âciskaj┬▒c r┬▒czk├¬ no┬┐a, waha si├¬. Spojrzenia jego i Deana spotykaj┬▒ si├¬ na kilka sekund i Sam wreszcie, powoli i nie odrywaj┬▒c oczu od brata, dotyka go┬│ej r├¬ki Johna. Dopiero po jakich┬ dw├│ch sekundach obaj r├│wnocze┬Ânie spogl┬▒daj┬▒ na d┬│o├▒.

Cia┬│o przy no┬┐u mieni si├¬ na zielono. To ch┬│odny odcie├▒, jasny, prawie pistacjowy, nieco md┬│y, ale niebrzydki. Mimo ┬┐e matowy, da si├¬ powiedzie├Ž, ┬┐e lekko l┬Âni.

Sam b┬│yskawicznie odrywa ostrze, a Dean przyciska sobie r├¬k├¬ do ust, by nie wyda├Ž ┬┐adnego d┬╝wi├¬ku. Kiedy Dean patrzy na ojca — z twarz┬▒ zastyg┬│┬▒ w przera┬┐eniu, Sam szapie torb├¬ i chowa w niej n├│┬┐, a potem upycha j┬▒ pod swoje ┬│├│┬┐ko i macha na Deana, by ten tak┬┐e odsun┬▒┬│ si├¬ od... nie od ojca. Od nieumar┬│ego. Od potwora.

Wpycha Deanowi w r├¬ce „Ann├¬ Karenin├¬”, a sam bierze „W drodze”, mimo ┬┐e ju┬┐ czyta┬│ t├¬ ksi┬▒┬┐k├¬. Bezwiednie bawi si├¬ zak┬│adk┬▒ Deana, biletem do weso┬│ego miasteczka upapranym lodami lukrecjowymi; litery w ksi┬▒┬┐ce przeskakuj┬▒ mu mi├¬dzy oczami i nie dociera do niego sens s┬│├│w, kt├│re czyta, ale nie przejmuje si├¬ tym i brnie dalej, kartka za kartk┬▒, staraj┬▒c si├¬ wygl┬▒da├Ž jak najmniej podejrzanie. Zerka na Deana; ten zdaje si├¬ wpatrywa├Ž pusto w pierwsz┬▒ stron├¬, jego oczy s┬▒ nieruchome i szeroko rozwarte. Dopiero po kilkunastu minutach Sam s┬│yszy szelest przewracanej kartki, a kiedy spogl┬▒da na brata, widzi, ┬┐e ten zacz┬▒┬│ naprawd├¬ czyta├Ž.

Po godzinie takiej farsy ┬│├│┬┐ko Johna skrzypi, a on sam otwiera oczy.

Sam wstrzymuje oddech, patrz┬▒c na ojca, jednak po chwili si├¬ reflektuje i wraca do czytania. Dean nerwowo poprawia si├¬ na ┬│├│┬┐ku, wierci si├¬ raz za razem, ale chyba dociera do niego, by nie zwraca├Ž na siebie uwagi, wi├¬c nieruchomieje.

John wstaje, przeci±ga siê i przeskakuje spojrzeniem od jednego syna do drugiego. Sam czuje dreszcze biegn±ce mu po krêgos³upie. Dean na swoim ³ó¿ku ponownie poprawia pozycjê.

— G┬│odni? — pyta John i podchodzi do stolika, gdzie le┬┐y kartka zostawiona tam przez Sama, zanim wyjechali do biblioteki. Bierze j┬▒ do r├¬ki i zaczyna czyta├Ž: — „Wzi├¬li┬Âmy impal├¬, ┬┐eby pojecha├Ž do biblioteki. Wr├│cimy za jak┬▒┬ godzin├¬, teraz jest za dziesi├¬├Ž druga. Sam i Dean”. — Unosi brwi. — Hmm — mruczy. — Jedli┬Âcie co┬ po drodze?

— Tak — m├│wi szybko Sam. Nie jest w stanie my┬Âle├Ž o jedzeniu, ┬┐o┬│┬▒dek zaciska mu si├¬ w ciasny supe┬│, a szybkie spojrzenie na Deana upewnia go w tym, ┬┐e podj┬▒┬│ dobr┬▒ decyzj├¬, k┬│ami┬▒c. Dean te┬┐ nie ma ochoty nic je┬Â├Ž. — Kupili┬Âmy chi├▒szczyzn├¬.

John patrzy na Sama przez kilka d┬│ugich sekund, a Sam zaczyna z przera┬┐eniem zastanawia├Ž si├¬, czy nieumarli potrafi┬▒ wyczu├Ž fa┬│sz w g┬│osie. Je┬Âli wujek Bobby zapomnia┬│ im tego powiedzie├Ž i je┬Âli John teraz wychwyci oszustwo...

— Dobrze — m├│wi jednak ojciec i u┬Âmiecha si├¬, nie ods┬│aniaj┬▒c z├¬b├│w. — Mia┬│em was wzi┬▒├Ž do jakiej┬ knajpki, ale skoro tak... A ja nie jestem g┬│odny — dodaje i bierze g┬│├¬bszy wdech, przymykaj┬▒c oczy.

Dean wydaje z siebie jaki┬ nieokre┬Âlony d┬╝wi├¬k, co┬ jak pisk albo jak j├¬k. John przenosi na niego spojrzenie.

— To przez ksi┬▒┬┐k├¬ — odpowiada brat, unosz┬▒c wy┬┐ej „Ann├¬ Karenin├¬”, tak by ojciec m├│g┬│ j┬▒ zobaczy├Ž. — Jest bardzo dobra, ale... w┬│a┬Ânie ubili bohatera, kt├│rego polubi┬│em.

John parska ┬Âmiechem.

— Szybko — komentuje, patrz┬▒c znacz┬▒co na powie┬Â├Ž. Sam widzi, ┬┐e Dean zdo┬│a┬│ przeczyta├Ž dopiero kilka stron, a cho├Ž nigdy nie czyta┬│ „Anny Kareniny”, wie, ┬┐e ┬Âmier├Ž jakiego┬ bohatera to tylko wymys┬│ Deana. — Ale takie bywaj┬▒ ksi┬▒┬┐ki — dodaje.

Dean kiwa g┬│ow┬▒. Tata si├¬ga po pilot i w┬│┬▒cza telewizor. Przez lata wsp├│lnego dzielenia pokoj├│w motelowych we tr├│jk├¬ Sam i Dean wykszta┬│cili w sobie umiej├¬tno┬Â├Ž ignorowania otoczenia, kiedy czytaj┬▒, wi├¬c z powodzeniem mogli zanurza├Ž si├¬ w s┬│owie pisanym, podczas gdy ich ojciec ogl┬▒da┬│ telewizj├¬, mamrota┬│ pod nosem, uzupe┬│niaj┬▒c sw├│j dziennik informacjami z polowania, s┬│ucha┬│ muzyki lub rozmawia┬│ przez telefon. Tak jest i tym razem; d┬╝wi├¬ki telewizora — chyba jaki┬ kabaret, dostrzega Sam k┬▒tem oka, s┬│ysz┬▒c cichy ┬Âmiech ojca od czasu do czasu — przep┬│ywaj┬▒ obok niego, a on ich nie rejestruje. Usilnie wpatruje si├¬ w s┬│owa i mimo ┬┐e dociera do niego co trzecie zdanie, to i tak brnie. Dean nie wychyla si├¬ zza swojej ksi┬▒┬┐ki.

Po prawie czterech godzinach John wy┬│┬▒cza odbiornik i jeszcze raz si├¬ przeci┬▒ga. Sam nie odrywa wzroku od swojej powie┬Âci, ale s┬│yszy ┬Âwiat, gdy tata powoli wci┬▒ga powietrze.

— Id├¬ pod prysznic, a potem w wyro — komunikuje John, wstaj┬▒c z ┬│├│┬┐ka. — To polowanie naprawd├¬ mnie wyczerpa┬│o. — Zaczyna grzeba├Ž w torbie w poszukiwaniu r├¬cznika. Wstaje, zarzuca go sobie na rami├¬ i kieruje si├¬ ku ┬│azience, ale zatrzymuje si├¬ przy drzwiach i odwraca przodem do ch┬│opak├│w. — Jutro rano... — zaczyna, przeskakuj┬▒c mi├¬dzy nimi wzrokiem, i ledwie dostrzegalnie oblizuje usta — ...wyruszymy w drog├¬. Do Teksasu. Znalaz┬│em polowanie.

— Tak? — pyta Dean troch├¬ pewniejszym g┬│osem.

— Tak — potwierdza tata. — Jaki┬ duch, zwyk┬│a sprawa, ale musimy si├¬ tym zaj┬▒├Ž.

Sam wie, ┬┐e ojciec k┬│amie. Wed┬│ug Bobby'ego John planuje zaatakowa├Ž ich jutro rano, kiedy jego g┬│├│d naro┬Ânie i kiedy b├¬dzie wyspany. Ale mimo wszystko kiwa g┬│ow┬▒ i wraca do „W drodze”, maj┬▒c — z┬│udn┬▒, wie to, ale wci┬▒┬┐ j┬▒ ma — nadziej├¬, ┬┐e to wszystko oka┬┐e si├¬ tylko z┬│ym snem.

Podczas prysznica Sam zerka na wannê, w której razem z Deanem spal± cia³o potwora. Wzdryga siê i koñczy mycie szybciej ni¿ zwykle ale lokalizuje czujnik wykrywania dymu i przecina odpowiedni kabel.

Kiedy wszyscy trzej le┬┐┬▒ ju┬┐ w ┬│├│┬┐kach, John zasypia jako pierwszy. Zaczyna chrapa├Ž po kilku minutach, podczas kt├│rych Sam powstrzymuje si├¬ przed nerwowymi, g┬│├¬bokimi oddechami, i stale obserwuje Johna, czasem tylko zerka na Deana. Oczy Deana w mrokach nocy b┬│yszcz┬▒ jasno, rozwarte i prawie wytrzeszczone, i Sam widzi je wyra┬╝nie, gdy jego w┬│asne ┬╝renice dostosowuj┬▒ si├¬ do ciemno┬Âci. Klatka piersiowa brata unosi si├¬ w r├│wnym rytmie, ale Sam jest w stanie dostrzec strach przesi┬▒kaj┬▒cy ca┬│e jego cia┬│o.

— Tato? — pyta cicho po kilkunastu minutach.

Dean rzuca mu przera┬┐one spojrzenie.

Bobby kaza┬│ czeka├Ž godzin├¬ — artyku┬│uje bezg┬│o┬Ânie.

John tylko chrapie raz, krotko.

Sam przenosi wzrok na Deana i zaczyna wysuwa├Ž si├¬ spod ko┬│dry. Ojciec nadal ┬Âpi jak zabity. Nozdrza Deana faluj┬▒, ale ch┬│opak unosi swoj┬▒ ko┬│dr├¬ i tak┬┐e wstaje. Kiedy Sam si├¬ga pod ┬│├│┬┐ko, by wyci┬▒gn┬▒├Ž torb├¬ z dwoma br┬▒zowymi no┬┐ami, Dean ┬│apie go za r├¬k├¬.

— Ciszej — m├│wi takim szeptem, ┬┐e a┬┐ prawie bezg┬│o┬Ânie.

Torba wysuwa siê spod pos³ania Sama bezszelestnie. Sam zapobiegawczo nie zasun±³ jej na suwak, tak by d¼wiêk zamka b³yskawicznego nie obudzi³ Johna. Gdy dotyka zimnego ostrza, przechodzi go dreszcz.

— We┬╝ oba. — Ten sam niemo┬┐ebnie cichy szept ze strony Deana.

Sam nie wyjmuje no┬┐y jedn┬▒ r├¬k┬▒, boj┬▒c si├¬, ze ich szcz├¬k m├│g┬│by zbudzi├Ž Johna. Podaje pierwszy sztylet Deanowi, a ten chwyta go pewnie, mimo ┬┐e r├¬ka dr┬┐y mu niekontrolowanie. Drugi n├│┬┐ Sam chwyta za r├¬koje┬Â├Ž i odbiera bro├▒ Deanowi. Dean jest bia┬│y na twarzy, wpatruj┬▒c si├¬ w ostrza.

Sam stawia krok za krokiem ostro┬┐nie. Pami├¬ta, ┬┐e pod┬│oga nie skrzypi, ale nie chce robi├Ž niepotrzebnego ha┬│asu. Czuje ciep┬│o cia┬│a Deana, gdy ten sunie za nim, trzymaj┬▒c si├¬ blisko plec├│w Sama, i kiedy obaj podchodz┬▒ do ┬│├│┬┐ka taty, zatrzymuj┬▒ si├¬ jednocze┬Ânie.

Twarz Johna jest spokojna. Jego usta s┬▒ rozchylone tak jak zawsze podczas snu, oddech ┬Âwiszczy ledwie s┬│yszalnie. Ko┬│dra zawin├¬┬│a si├¬ przy twarzy i jej brzeg opiera si├¬ o policzek m├¬┬┐czyzny, a cienka poszewka faluje delikatnie od wydychanego powietrza. W czerni nocy, w tym ciep┬│ym mroku po┬┐eraj┬▒cym ca┬│e otoczenie prawie nie wida├Ž woskowej blado┬Âci sk├│ry ojca.

Sam, trzymaj┬▒c po jednym no┬┐u w ka┬┐dej r├¬ce, zaciska d┬│onie na r├¬koje┬Âciach i zerka do tylu, na Deana. Dean wpatruje si├¬ w Johna jak urzeczony.

— Podejd┬╝... z drugiej... strony... — udaje si├¬ Samowi wyszepta├Ž; jego g┬│os nie jest tak cichy jak Deana, ale te┬┐ ledwie s┬│yszalny.

Kiedy Dean przez kilka sekund nie reaguje, Sam unosi r├¬k├¬ wy┬┐ej, by d┬╝gn┬▒├Ž go delikatnie w brzuch, ale wtedy brat prze┬│yka ┬Âlin├¬ — nieoczekiwany g┬│o┬Âny d┬╝wi├¬k, kt├│ry niemal rozdziera t├¬ czarn┬▒ cisz├¬, kt├│ra ich spowija — i okr┬▒┬┐a ┬│├│┬┐ko. Staje po drugiej stronie i wreszcie przenosi wzrok na Sama. Ma oczy jak przera┬┐ony zaj┬▒c o┬Âwietlony reflektorami samochodu gdzie┬ w ┬Ârodku nocy w lesie.

Sam rzuca znacz┬▒ce spojrzenie na r├¬ce Johna. Dean unosi d┬│onie; te przez chwil├¬ dr┬┐┬▒ jak osika na wietrze i Sam zaczyna si├¬ zastanawia├Ž, czy dadz┬▒ sobie rad├¬, czy nie lepiej by by┬│o wzi┬▒├Ž impal├¬ i odjecha├Ž gdzie┬ w siln┬▒ dal, ale wtedy Dean zaciska r├¬ce w pi├¬┬Âci i opanowuje dr┬┐enie. Przymyka oczy, a kiedy je otwiera, jego wzrok wygl┬▒da na pewniejszy, bardziej skupiony. Dean jest teraz ┬│owc┬▒.

Sam przypomina sobie s┬│owa Bobby'ego o trzymaniu ┬┐uchwy nieumar┬│ego, wi├¬c odk┬│ada jeden n├│┬┐ na swoje ┬│├│┬┐ko, stoj┬▒ce tu┬┐ obok, i ┬Âciska drugi mocniej.

— ┬»uchwa — szepcze, widz┬▒c pytaj┬▒ce spojrzenie Deana.

Dean potakuje.

Patrz┬▒ na siebie i Sam, bezg┬│o┬Ânie, zaczyna artyku┬│owa├Ž:

Trzy.

Dean otwiera usta i mimo ┬┐e w jego oczach nie wida├Ž ch├¬ci wycofania si├¬, to jednak jest w nich jaka┬ niepewno┬Â├Ž.

Dwa.

Niepewno┬Â├Ž prawie ca┬│kiem znika, gdy Dean pochyla si├¬ nad cia┬│em Johna ni┬┐ej i uk┬│ada d┬│onie nad jego r├¬kami.

Jeden.

Jeszcze tylko sekunda.

Teraz.

Wszystko dzieje si├¬ zbyt szybko. Dean gwa┬│townie ┬│apie r├¬ce Johna i przyciska je do jego bok├│w, a Sam wbija n├│┬┐ w miejsce, gdzie pod cia┬│em jeszcze dwa dni temu bi┬│o serce, a drug┬▒ r├¬k┬▒ chwyta ┬┐uchw├¬ Johna, uwa┬┐aj┬▒c na usta — ugryzienie jest jadowite, pami├¬ta. Przez dwie upiorne sekundy nic si├¬ nie dzieje i dopiero wtedy zaczyna si├¬ armagedon.

John otwiera oczy.

Nieumar┬│y otwiera oczy.

Sam wie, ┬┐e ich ojciec jest silny, ale i tak zaskakuje go moc, kt├│r┬▒ musi w┬│o┬┐y├Ž, by nadal przytrzymywa├Ž szcz├¬k├¬ taty w miejscu. Dean sapie g┬│o┬Âno; ten d┬╝wi├¬k przep┬│ywa Samowi mi├¬dzy uszami i ledwo osiada w umy┬Âle, bo Sam skupia si├¬ na ┬Âciskaniu no┬┐a jedn┬▒ r├¬k┬▒ i powstrzymywaniu ojca od gryzienia drug┬▒. John wije si├¬ w ┬│├│┬┐ku, pr├¬┬┐y na wszystkie strony, a┬┐ r├¬koje┬Â├Ž wy┬Âlizguje si├¬ Samowi z d┬│oni i wtedy, niemal odruchowo, woln┬▒ r├¬k├¬ Sam wykorzystuje do z┬│apania ┬┐uchwy Johna.

— Trzymaj n├│┬┐! — warczy Dean; jego g┬│os jest tak przepe┬│niony przera┬┐eniem i niemal piszcz┬▒cy, ┬┐e Sam prawie go nie rozpoznaje.

┬úapie bro├▒ ponownie, zaczyna nim kr├¬ci├Ž w jedn┬▒ i w drug┬▒ stron├¬, tak jak powiedzia┬│ im Bobby; nie ma krwi. Krew ju┬┐ mu nie p┬│ynie w ┬┐y┬│ach, wi├¬c nie b├¬dzie tryska┬│a, przypomina sobie s┬│owa Bobby'ego.

Widzi, jak Dean trzyma r├¬ce ojca i przyciska je do jego bok├│w, jak bardzo musi pr├¬┬┐y├Ž ramiona, by da├Ž rad├¬ to zrobi├Ž, i przypomina sobie delikatny ruch d┬│oni brata, gdy ten zak┬│ada┬│ Michaelowi kosmyk w┬│os├│w za ucho.

John wyje. Nie jak wilko┬│ak w czasie pe┬│ni, bardziej jak ranne zwierz├¬, czym, jak u┬Âwiadamia sobie Sam, przecie┬┐ jest. Mo┬┐e nie zwierz├¬ciem dos┬│ownie, ale jego umys┬│ jest teraz umys┬│em stworzenia, kt├│re chce po┬┐era├Ž i kt├│re poluje. Jak kot, my┬Âli Sam. Zarzynamy go jak kota. Wycie potwora nosz┬▒cego martwe cia┬│o Johna nie jest na tyle g┬│o┬Âne, by zaalarmowa├Ž obs┬│ug├¬ hotelow┬▒, g┬│├│wnie dlatego, ┬┐e Sam wci┬▒┬┐ zaciska d┬│o├▒ na ┬┐uchwie ojca, ale i tak unosi wszystkie w┬│oski na ciele Sama i przechodzi przez niego dreszczem na kr├¬gos┬│upie.

Dean pr├¬┬┐y mi├¬┬Ânie, podczas gdy Sam kr├¬ci no┬┐em jeszcze raz, jeszcze tylko jeden raz, a┬┐ wreszcie cielsko nieruchomieje. Szeroko rozwarte oczy nieumar┬│ego b┬│yszcz┬▒ w ciemno┬Âci jak dwa ma┬│e reflektory.

Jest troch├¬ krwi na koszulce w miejscu, z kt├│rego wystaje ostrze. Sam gapi si├¬ na ni┬▒ w milczeniu, w szoku, w niejakim przera┬┐eniu, a Dean gdzie┬ w tle poci┬▒ga nosem. Kiedy Sam przenosi wzrok na brata, widzi, ┬┐e ten odsun┬▒┬│ si├¬ od ┬│├│┬┐ka i ju┬┐ nie ┬Âciska r┬▒k Johna.

— Benzyna — m├│wi Sam. Nie musi ju┬┐ szepta├Ž, ale nadal to robi. — Id┬╝ do impali i przynie┬ kanister benzyny — poleca Deanowi. — Tylko w┬│├│┬┐ go do torby, to nikt nie b├¬dzie pyta┬│, co robisz w nocy z benzyn┬▒.

Dean nic nie odpowiada, ale bierze z pod³ogi czarn± miniwalizkê, w której trzymali br±zowe no¿e, zaciska palce na uchwycie, a¿ mu bielej±, i wychodzi z pokoju. Sam nie przenosi wzroku na Johna. Nie ma odwagi.

Dopiero kiedy Dean wraca, wci┬▒┬┐ tak samo milcz┬▒cy, z twarz┬▒ bia┬│┬▒ wzorem zaci┬Âni├¬tych palc├│w, razem zaczynaj┬▒ ci┬▒gn┬▒├Ž cia┬│o do ┬│azienki. Idzie im topornie, jak po grudzie, ledwo daj┬▒ rad├¬. Gdy wreszcie blady trup ca┬│y znajduje si├¬ za drzwiami do ┬│azienki, Sam puszcza r├¬k├¬ ojca, za kt├│r┬▒ trzyma┬│ go, ci┬▒gn┬▒c, i si├¬ga po hotelowy r├¬cznik. Jasny, mi├¬kki, z wyszytym logiem hotelu, w dotyku nijak nieprzypominaj┬▒cy zimnego, woskowego cia┬│a nieumar┬│ego. Wyciera wann├¬ z wody; ┬┐aden z nich, o ile wie, nie bra┬│ k┬▒pieli, wszyscy zadowalali si├¬ prysznicem, ale ma┬│e krople tryska┬│y we wszystkie strony i osiad┬│y tak┬┐e na ch┬│odnym metalu pomalowanym na bia┬│o. Zatyka odp┬│yw korkiem. Odwraca si├¬ do Deana; brat wci┬▒┬┐ trzyma d┬│o├▒ ojca, zaciska palce kurczowo, i Sam przypomina sobie odstaj┬▒c┬▒, nag┬▒ nog├¬ Deana le┬┐┬▒c┬▒ na ┬│├│┬┐ku, kiedy ten spad┬│ z pos┬│ania i le┬┐a┬│, obola┬│y i zapl┬▒tany w ko┬│dr├¬.

Razem, ledwo daj±c radê, wtaczaj± cielsko do wanny.

Sam wyjmuje n├│┬┐ i wrzuca do umywalki, ┬┐eby p├│┬╝niej go obmy├Ž z zakrzep┬│ej krwi.

Cia┬│o le┬┐y w bezruchu, kiedy Sam odkr├¬ca kanister i zaczyna polewa├Ž je benzyn┬▒. Dean stoi obok nieruchomo, wpatruj┬▒c si├¬ w rozgrywaj┬▒c┬▒ si├¬ przed jego oczami scen├¬, ale kiedy Samowi ko├▒czy si├¬ benzyna w pojemniku, wychodzi z pokoju i wraca z pudelkiem zapa┬│ek.

Sam wyjmuje jedn┬▒; r├¬ce dr┬┐┬▒ mu niekontrolowanie, ale nie na tyle mocno, by nie da┬│ rady potrze├Ž drewienkiem po boku opakowania. Zapa┬│ka bucha ogniem i wtedy ch┬│opak rzuca j┬▒ na martwe cia┬│o w wannie.

Cia³o staje w p³omieniach b³yskawicznie. Powietrze wype³nia siê smrodem i dymem, miêsko skwierczy. Obaj stoj± blisko wanny, wiêc czuj± gor±c buchaj±cy od ognia, a Sam orientuje siê, ¿e po twarzy p³yn± my ³zy. Wielkie jak groch, obfite, mokre ³zy. Odwraca siê do Deana, on te¿ p³acze.

Po kilkunastu minutach cia┬│o marnieje tak, ┬┐e zostaj┬▒ tylko czarne, nadw├¬glone ko┬Âci.

— Id┬╝ po m┬│otek do samochodu — m├│wi Sam. — Tylko we┬╝ zn├│w torb├¬.

Dean pos┬│usznie znika i wraca po jakim┬ czasie, ┬Âciskaj┬▒c narz├¬dzie w lewej d┬│oni. Sam wyrywa mu je z r├¬ki i zaczyna kruszy├Ž brudne gnaty na proszek, czuj┬▒c na plecach wwiercaj┬▒cy si├¬ w niego wzrok Deana.

Wyjmuje korek i odkr├¬ca wod├¬, gdy ko├▒czy, a ciemny py┬│ zaczyna sp┬│ywa├Ž do odp┬│ywu i znika├Ž. Chwil├¬ p├│┬╝niej nie ma po nim ┬Âladu.

Z zap┬│akanymi twarzami, wyczerpani i przera┬┐eni id┬▒ do ┬│├│┬┐ek. Sam tylko myje r├¬ce; woda, brudna od py┬│u ze zw├¬glonych ko┬Âci, chlapie na br┬▒zowy n├│┬┐ le┬┐┬▒cy w umywalce, wci┬▒┬┐ utyt┬│any ciemn┬▒ krwi┬▒.

Adrenalina opada i sami nie wiedz┬▒, kiedy zasypiaj┬▒.




1. Je┬Âli kto┬ nie wie, to taka czapka nazywa si├¬ beanie (szuka┬│am dobrego polskiego odpowiednika tego s┬│owa, ale nie znalaz┬│am). I owszem, na zdj├¬ciu Jared Padalecki.
2. Inspiracj┬▒ do napisania Michaela jako jasnoniebieskow┬│osego by┬│o to opowiadanie, ale Michael i Alex (z podlinkowanego fika) opr├│cz w┬│os├│w nie maj┬▒ ze sob┬▒ nic wsp├│lnego, Michael to posta├Ž wymy┬Âlona ca┬│kowicie przeze mnie.
3. Ha, to akurat kanon! Nie pami├¬tam odcinka (chyba 5x07), ale wiem, ┬┐e kiedy┬ pokazali, ┬┐e Sam po prostu wymiata w pokera.
4. Tak pro forma: w wi├¬kszo┬Âci stan├│w w USA alkohol mo┬┐na kupowa├Ž dopiero po sko├▒czeniu 21 lat.
5. „Shapeshifter” to „zmiennokszta┬│tny”, ale za nic w ┬Âwiecie nie pasowa┬│o mi u┬┐ycie s┬│owa „zmiennokszta┬│tny” — no dobra, troch├¬ pasowa┬│o, ale „shapeshifter” o wiele bardziej! Procentowo wychodzi┬│o to tak:
* shapeshifter (95%)
* zmiennokszta┬│tny (4%)
* wybra├Ž innego potwora i zmienia├Ž konstrukcj├¬ ca┬│ej rozmowy (0,8%)
* rzuci├Ž pisanie tekstu (0,2%).
Sami rozumiecie.
_________________
You mustn't be afraid to dream a little bigger, darling. (X)
 
 
xiaozhengzheng 
1-klasista


Do│▒czy│a: 11 Lis 2018
Posty: 6
Sk▒d: xiaozheng
Wys│any: 2018-11-11, 12:36   

2018-11-11 xiaozhengzheng
mbt shoes
michael kors outlet
kate spade bags
nike outlet
pandora charms sale clearance
pandora outlet
uggs outlet
tory burch shoes
true religion jeans
christian louboutin outlet
michael kors outlet clearance
nike shoes
moncler outlet
kate spade handbags
lebron james shoes
nike air max 90
coach outlet
canada goose jackets
coach outlet
five finger shoes
ray ban sunglasses
tory burch outlet
ugg boots outlet
canada goose outlet
canada goose outlet store
polo outlet
longchamp outlet
louboutin shoes
coach factory outlet
ugg boots clearance
off white shoes
nike sneakers
mbt shoes
coach factory outlet
fred perry clothing
ugg outlet online
mont blanc pens
polo outlet
canada goose jackets
kate spade bags
nfl jerseys wholesale
adidas yeezy shoes
giuseppe zanotti outlet
pandora outlet
ray ban pas cher
michael kors outlet online
ralph lauren outlet
nba jersey
ralph lauren uk
cheap oakley sunglasses
coach outlet online
coach factory outlet
kate spade outlet
cheap jerseys wholesale
ugg outlet
coach factory outlet
canada goose
christian louboutin shoes
coach outlet
cheap ugg boots
ugg outlet
polo pas cher
moncler jackets outlet
coach outlet store online clearance
jordan retro shoes
michael kors outlet
pandora charms sale clearance
christian louboutin sale
oakley sunglasses wholesale
christian louboutin outlet
canada goose jackets
nike factory outlet
coach outlet online
canada goose jackets
coach outlet
canada goose outlet store
cheap jordans
michael kors outlet online
christian louboutin shoes
michael kors outlet online
christian louboutin
polo ralph lauren
michael kors outlet online
michael kors outlet clearance
michael kors outlet
pandora outlet
adidas superstar shoes
pandora charms
louboutin shoes
christian louboutin outlet
adidas yeezy shoes
canada goose jackets
pandora charms outlet
pandora charms
ugg outlet online
nike shoes on sale
canada goose outlet
vibram fivefingers
polo ralph lauren
coach outlet
michael kors outlet clearance
michael kors outlet
coach outlet online
cheap ugg boots
coach outlet store online
vans store
uggs outlet
kate spade outlet online
ugg outlet
uggs outlet
polo ralph lauren
ralph lauren shirts
coach outlet online
polo ralph lauren outlet
true religion jeans
coach outlet
michael kors handbags
michael kors outlet
canada goose coats
michael kors outlet
cheap ugg boots
pandora charms outlet
fitflops clearance
ray ban outlet
lebron james shoes
ugg outlet
lebron shoes
polo outlet
christian louboutin
michael kors handbags
pandora jewelry outlet
pandora charms
coach factory outlet
nike huarache
nike outlet store
christian louboutin
polo ralph lauren pas cher
pandora jewelry
yeezy boost
birkenstock outlet
true religion outlet
coach factory outlet
michael kors outlet
michael kors outlet
michael kors outlet
canada goose
pandora charms
polo ralph lauren
vibram five fingers
manolo blahnik
coach outlet store online
coach outlet
yeezy boost 350
michael kors outlet
michael kors outlet
michael kors outlet
pandora outlet
ugg outlet
birkenstock outlet
pandora jewelry
ray ban wayfarer
ugg boots
supreme clothing
coach factory outlet
michael kors outlet online
mbt shoes outlet
true religion
polo ralph lauren
canada goose
coach outlet
adidas yeezy shoes
uggs outlet
oakley sunglasses wholesale
kate spade
ray-ban sunglasses
coach outlet store online
coach outlet online
ugg boots clearance
asics outlet
_________________
xiaozhengzheng
 
 
WyÂwietl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie mo┐esz pisaŠ nowych tematˇw
Mo┐esz odpowiadaŠ w tematach
Nie mo┐esz zmieniaŠ swoich postˇw
Nie mo┐esz usuwaŠ swoich postˇw
Nie mo┐esz g│osowaŠ w ankietach
Nie mo┐esz za│▒czaŠ plikˇw na tym forum
Mo┐esz Âci▒gaŠ za│▒czniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,27 sekundy. Zapyta˝ do SQL: 12